Dlaczego Mozart pobudza nasz mózg
Muzyka Mozarta wywiera nadzwyczajne skutki na mózg. Jak tłumaczy to metoda Tomatisa?
Dlaczego Mozart pobudza nasz mózg
[Tekst FR oryginalny zaczyna się w trakcie zdania — początek brakuje w źródle.]
…czego wcześniej nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Życie wówczas naprawdę warte jest życia. Muzyka Mozarta, śpiew gregoriański mnichów z Solesmes, głos mojej matki i swoisty geniusz Alfreda Tomatisa zadziałały w synergii, by doprowadzić mnie do owego stanu dobrostanu. Jakiekolwiek byłyby trudności mojego życia, zawsze pragnę odzyskać ten tak cudowny stan ducha. Słowo „dobrostan" nabiera wówczas pełni swojego wymiaru.
Napisałem tę książkę dla tych, którzy poszukują tego stanu. „Metoda Alfreda Tomatisa" z pewnością nie jest lekarstwem na wszystkie dolegliwości, lecz jest cudownym narzędziem do nauki słuchania. Słuchanie jest darem — i rozpaczliwie go potrzebujemy, by ponownie nawiązać kontakt z żywotnymi częściami siebie samych, od których zbyt często czujemy się odsunięci. Gdy przestajemy słuchać, nasze życie zaczyna tracić spójność i odcinamy się od siebie i od innych. Życie staje się wtedy pozbawione sensu, nudne, niespójne: czujemy się zupełnie zagubieni. Nauka słuchania może pozwolić nam ponownie zaprzyjaźnić się z sobą i osiągnąć poczucie pełni, którego często nam brakuje. Mam nadzieję, że ta książka jasno wykaże, dlaczego tak jest.
II
Co powinniśmy wiedzieć o naszych uszach. Słyszenie a słuchanie.
I
Istnieje wielka różnica między słyszeniem a słuchaniem — różnica, która daleka jest od bycia zawsze rozumiana. Dla wielu osób te terminy są bowiem wymienne, co wywołuje oczywistą dezorientację. Jesteśmy na przykład często zanurzeni w środowisku muzycznym, w którym muzyka sprowadzona została do tła dźwiękowego angażującego jedynie nasze słyszenie, nie zaś nasze słuchanie. Wystarczy bowiem wejść do windy, sklepu, na lotnisko czy do galerii handlowej, by zostać natychmiast otoczonym strumieniami delikatnej muzyki, której ledwie się zauważa, a której celem jest nas odprężyć i stworzyć idealne warunki do impulsywnych zakupów.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, często wolimy to muzyczne tło dźwiękowe od ciszy, gdyż ta nas niepokoi. Jeśli machinalnie włączamy radio za każdym razem, gdy wsiadamy do samochodu, to być może po to, by uciszyć ciszę, która stawia nas twarzą w twarz z nami samymi. Nie znaczy to wszakże, że słuchamy muzyki nadawanej przez radio. Może być nawet tak, że jej nawet nie słyszymy, zatopieni w naszych myślach. Muzyka tła tworzy rodzaj dźwiękowego kokonu, który nas niesie, kołysze przez cały dzień i otula niczym ciepły koc.
Tak długo, jak gra muzyka, jesteśmy jakby zawieszeni w bezczasowej przestrzeni, która przypomina nam być może o naszym życiu wewnątrzmacicznym. Zapominamy o spłacie kredytu hipotecznego, o groźbach zwolnienia, o trudnościach małżeńskich czy o nadciągającym pesymistycznym rozpoznaniu medycznym. Jednak jeśli muzyka odsuwa lęki, to cisza przygotowuje grunt dla słuchania. Słuchanie często wymaga znacznego wysiłku uwagi, podczas gdy słyszenie nie wymaga żadnego szczególnego wysiłku — chodzi o czynność czysto bierną. Toteż nie dziwi specjalnie, że obecne społeczeństwo konsumpcyjne stara się czynić nas szczęśliwymi, zanurzając nas w czymś w rodzaju dźwiękowego placenty — często nachalnego — które przeszkadza nam naprawdę słuchać.
Różnica między słuchaniem a słyszeniem stała się dla mnie wyraźnie jasna podczas koncertu w Teatro Verdi we Florencji. Program był nieco zaskakujący, gdyż między dwoma utworami klasycznymi Schumanna i Brahmsa wykonywano dzieło włoskiego kompozytora awangardowego Luciano Berio. Utwór Schumanna pozostawił mnie zupełnie obojętnym: miałem wrażenie, że orkiestra gra za szklaną ścianą i że dochodząca do mnie zza tej ściany muzyka jest stłumiona i bez blasku. Nie chodziło o orkiestrę ani akustykę sali koncertowej. Nie! To ja — niczym instrument — nie byłem nastrojony! Z trudnych do określenia powodów moje ciało i umysł były od siebie odłączone. Słyszałem dobrze muzykę, lecz jej nie słuchałem. Pozostawałem na zewnątrz niej. Chciałem uciec z teatru, lecz towarzysząc przyjacielowi, który koncert smakował, pozostawało mi już tylko milczeć w nudzie.
Gdy orkiestra zaczęła grać dzieło Luciana Beria, zamknąłem oczy, by lepiej się skupić. Pierwsze takty mile mnie zaskoczyły. Znajome rytmy, harmoniczne i charakterystyczne ruchy muzyki romantycznej zniknęły, zastąpione dźwiękami, które zdawały się być generowane przypadkowo. I co za dźwięki! Przeszywające, perkusyjne, gromkie, niespodziewane i wciąż zaskakujące! Byłem teraz zupełnie obudzony, próbując nawet przewidzieć dźwięki, które miały zaraz wybuchnąć. Ta muzyka nie zdawała się mieć tej samej zaczarowującej mocy nad moją sąsiadką — starszą panią. Styl ten oczywiście nie należał do repertuaru utworów klasycznych, które niewątpliwie preferowała. Nie była sama, gdyż połowa publiczności brawami nagrodziła wykonanie utworu, druga zaś okazywała swój sprzeciw wrogim milczeniem albo gwizdami.
Podczas przerwy zbadałem swoje reakcje: zwykle nie jestem wielkim miłośnikiem muzyki awangardowej, a jednak utwór mnie zachwycił. Może wyczerpanie dnia uczyniło mnie podatniejszym; w każdym razie nie kierowałem się w słuchaniu wyobrażeniem, czym muzyka „powinna być". Moje zwykłe filtry nie zadziałały, by zablokować informację i ją odrzucić. Zrozumiałem wtedy rolę muzyki współczesnej: wstrząsnąć naszymi muzycznymi przyzwyczajeniami, by zmusić nas do słuchania w nowy sposób i ujawnić nam tym samym siłę i piękno brzmień…
[Tekst FR oryginalny urywa się w tym miejscu — brak kontynuacji w źródle.]