Esej z monografii o dysleksji ujętej z perspektywy słuchania. Otwiera się autobiograficznym wspomnieniem (lekcje czytania prowadzone bez pośpiechu, jako gra ruchu i obrazu) i przechodzi do wykładu fizjologicznego: rola błędnika (przedsionka) i ślimaka w czytaniu, słaba lateralizacja dziecka dyslektycznego (preferencyjne używanie lewego ucha jako dominującego), zaburzenia synchronizacji oka i ucha, czas latencji, długość poszczególnych fonemów (40 ms dla „b", 100 ms dla „m", >100 ms dla „a") i wynikająca z tego konieczność szybkiego dostrojenia ucha do mikroskopijnych zmian sygnału mowy.

Dysleksja nie jest tylko zaburzeniem czytania. Często ma swoje źródło w zaburzeniu słuchania.

A może problem tkwi w uchu?

Dysleksja

Dysleksja dotyka miliony dzieci i dorosłych na świecie. Wielu dorosłych wstydzi się przyznać, że jest dyslektykami, i woli unikać czytania, niż znaleźć się w żenującej sytuacji. Ich nieumiejętność łatwego czytania może umniejszać ich szanse zrealizowania własnego potencjału intelektualnego i często ogranicza wybór kariery. Wobec tej trudności mają oni skłonność do szukania pracy wymagającej niewiele wysiłku intelektualnego i nieobciążającej ich biegłością w czytaniu. Doskonale wiedzą, że szanse zawodowego sukcesu są ograniczone — „dobre posady" są zarezerwowane dla tych, którzy potrafią czytać i pisać bez trudu.

Większość rodziców obawia się więc najgorszego, gdy ich dziecko nie jest w stanie czytać normalnie. Prawdą jest, że nieumiejętność opanowania czytania może być również wczesną zapowiedzią trudności społecznych w okresie dorastania.

Gdy poszedłem do szkoły podstawowej, umiałem już czytać, pisać i liczyć. Wydawało mi się to naturalne — spędziłem cztery poprzednie lata w przedszkolu prowadzonym przez katolickie siostry zakonne, które nigdy nie martwiły się tym, czy istnieje konkretny wiek, w którym dzieci powinny uczyć się czytać. Tak więc uczyły nas alfabetu bez pośpiechu i w małych dawkach.

Nikt by nigdy nie pomyślał, by uznać nas za spóźnionych, jeśli nie nauczyliśmy się czytać w ciągu trzech regulaminowych miesięcy obowiązujących dziś w wielu szkołach. Dla nas była to przede wszystkim zabawa. Wciąż pamiętam, jak kołysałem się z prawej do lewej, głośno wymawiając tajemniczy alfabet, którego litery — jak nam mówiono — przypominały węża, laskę, kapelusz, a nawet — tak — wielbłąda i dromadera (wielbłąd, jak każdy wie, ma dwa garby jak M, dromader zaś tylko jeden, jak N).

Skojarzenie ruchu i obrazu z dźwiękiem było głębokie: pozwalało mi uczyć się całym ciałem, a nie tylko intelektem. Litery alfabetu nie były abstrakcją — miały twarz, miały historię, miały dźwięk, który rezonował we wszystkich częściach ciała i wywoływał różne ruchy. Wkrótce odkryłem, że za obliczem każdej litery alfabetu kryją się inne oblicza: te, które spotyka się w opowieściach, jakie zabierają nas do magicznych królestw, gdzie zawiera się przyjaźnie z nieznajomymi, z którymi dzieli się wszelkiego rodzaju niebezpieczne i ekscytujące przygody. Nauka czytania, a potem pisania, była radosnym wydarzeniem — nigdy źródłem nudy ani udręki. Stało się tak, ponieważ uczono mnie czytać tak, jakby to była zabawa, i nikt nie zmuszał mnie do nauki w cwałującym tempie.

Jestem pewien, że Siostra Marie nic nie wiedziała o roli przedsionka i ślimaka w nauce czytania. Jej metoda była intuicyjna. Najpewniej nie wiedziała, że przedsionek kieruje oczami, kontroluje mięśnie warg i szczęk — w istocie wszystkie mięśnie ciała — i daje nam zmysł rytmu. Wiedziała jednak instynktownie, jak wielką wartość ma zaangażowanie ciała w proces uczenia się. Może dlatego wielcy mówcy zdają się być zaangażowani w taneczny krok: ich słowa płyną unisono z ich ruchami. Posługują się ciałem jak instrumentem, który wzmacnia ich głos i niesie go daleko. Dziecko dyslektyczne — przeciwnie — jest niezgrabne, a jego głos jest płaski i niepewny.

Nie nauczyło się grać własnej melodii ciałem, ponieważ ma o nim mglisty obraz. Jest też zazwyczaj słabo zlateralizowane: woli używać lewego ucha jako ucha dominującego, tracąc w ten sposób korzyści związane z dominacją prawego ucha. Krótko mówiąc, jego ciało-instrument nie jest właściwie nastrojone, by przetwarzać język w sposób szybki i skuteczny.

Siostra Marie przeprowadziła nas przez najbardziej elementarne etapy pozwalające ustanowić solidny fundament dla przetwarzania dźwięku. Gdy nasze ciała nauczyły się dostroić do dźwięku — wtedy i tylko wtedy — uczyliśmy się kojarzyć dźwięk z literą. Co więcej, ćwiczyliśmy bardzo długo na głos sztukę precyzyjnego regulowania obwodu między uchem, okiem i głosem.

Niektórzy rodzice mają trudność ze zrozumieniem, dlaczego ich dziecko cierpi na dysleksję, skoro jest dobre w sporcie, ma dobre poczucie równowagi i dobrą koordynację. Oceniają poprawnie motorykę dużą dziecka, ale nie zdają sobie sprawy, że motoryka mała nie funkcjonuje równie dobrze. Tego typu dziecko może z łatwością złapać piłkę na boisku, a jednocześnie mieć niedbałe pismo.

Gdy te dzieci stają na pochylni równoważnej podczas sesji terapeutycznych, niejednokrotnie zdarza się obserwować, że niektórzy z tych rasowych sportowców-dyslektyków mają trudność z wykonaniem ćwiczeń bardzo prostych. Na przykład, gdy prosi się ich, by złapali piłkę, podczas gdy starają się utrzymać równowagę na pochylni, okazuje się, że nie potrafią oderwać ramion od ciała, by ją złapać. Gdy prosi się ich, by ją podrzucili w górę i złapali ponownie, widać, że rzucają ją na wysokość ramion, by utrzymać ją w polu widzenia. Gdy wreszcie prosi się ich, by złapali piłkę na wysokości pępka, chybiają — bo nie potrafią skoordynować ręki i oka. Choć są dobrzy w sporcie — według rodziców czy nawet według siebie samych — często skarżą się, że te ćwiczenia są trudne. Nic dziwnego więc, że nauka czytania jest dla nich trudna — muszą bowiem dodatkowo kompensować te zaburzenia o pochodzeniu przedsionkowym.

Czytanie jest aktem złożonym, który wymaga, by uszy i oczy współpracowały w ścisłym, ograniczonym czasie. Gdy oczy widzą literę, uszy postrzegają odpowiadający jej dźwięk. Innymi słowy: przedsionek prowadzi oko od litery do litery, a ślimak tłumaczy litery na dźwięki. Idealnie obie operacje powinny zachodzić jednocześnie. Choć istnieje niewielkie opóźnienie między nimi nawet u dobrych czytelników, jest ono tak krótkie, że dekodowanie jest łatwe, a czytanie płynne. Trudności zaczynają się wtedy, gdy opóźnienie — zwane czasem latencji — jest zbyt długie, by umożliwić dobrą synchronizację oka i ucha.

Aby skomplikować ten proces jeszcze bardziej, każdy dźwięk trwa przez ściśle określony czas. Na przykład samogłoska taka jak „aaaahh" może rozciągać się na ponad 100 milisekund (jedna dziesiąta sekundy). Wibracja początkowa „b" w dźwięku „bal" trwa około 40 milisekund, zanim zmieni się w „ah", podczas gdy „m" w „ma" trwa około 100 milisekund lub więcej, zanim przejdzie w „ah". Co więcej, ponieważ dźwięki łączą się ze sobą, przejście od jednego do drugiego musi być szybkie. Ucho musi więc nieustannie dostrajać się do błyskawicznych zmian. Gdy nie potrafi dekodować dźwięków tak szybko, jak to konieczne, sekwencje dźwięków nie mogą być zidentyfikowane prawidłowo. Czas opóźnienia uniemożliwia synchronizację oka i ucha — uniemożliwiając tym samym skojarzenie…


Uwaga — fragment pochodzi z osobistych archiwów. HTML źródłowy nosi ślady wadliwego skanu OCR (numery stron przyklejone do tekstu — zakończenie urywa się na słowie „associa" odpowiadającym numerowi strony 137 oryginału). Tekst kontynuuje rozdziały kolejne książki, do których odsyła ostatnie urwane zdanie.