Drugi komunikat II Międzynarodowego Kongresu Audio-Psycho-Fonologii w Paryżu, 11–14 maja 1972, wygłoszony przez pannę Frédérique Gesta z Działu Audio-Psycho-Fonologii Centre Hospitalier de Villeneuve-Saint-Georges. Wychodząc od fascynacji, jaką słowo zawsze wywierało na człowieka, panna Gesta bada dwa oblicza znaku językowego w sensie Ferdynanda de Saussure’a — znaczące (obraz akustyczny, otoczka foniczna, częstotliwości) i znaczone (treść semantyczna) — oraz analizuje psychologiczne reperkusje słów u dziecka autystycznego lub dyslektycznego w kuracji pod Oreille Électronique. Następuje gęsta dyskusja, prowadzona przez pana Baltza (Lyon), z udziałem profesora Tomatisa, pani Dubard (Nicea), pani Bourgnon (Verviers), pani Zillermairi (Lyon) oraz samej panny Gesta: dobór tekstów do nagrań przez matki, głos matki, macierzyński lęk, sybilanty, języki gwizdane oraz to, co Tomatis nazywa „stadium Labdakosa" — od imienia ojca Lajosa — gdy dziecko odzyskuje chęć poruszania wargami, by się wyrazić.

Wpływ słów

przez pannę Frédérique Gesta
Dział Audio-Psycho-Fonologii
Centre Hospitalier de Villeneuve-Saint-Georges

Od zawsze słowo fascynowało człowieka, który przypisywał mu magiczną moc; sam fakt nazwania rzeczy, wymówienia czyjegoś imienia miał — sądzono — decydujący wpływ na tę rzecz, na tę osobę.

Tak samo bardzo małe dziecko, po okresie „prejęzykowym" (z krzykami), okresie „gaworzenia" (z gruchaniem), potem okresie „prewerbalnym" (gdy powtarza fonemy, które słyszy), dochodzi wreszcie do stadium „językowego", w którym pojmuje, że pewne dźwięki mają znaczenie dla jego otoczenia. Spostrzega, że słowo umożliwia pojawienie się przedmiotu jego pragnień; „Słowo jest sposobem czynienia rzeczy aktualną" — mówi nam Wallon. Dziecko jeszcze myli słowo z przedmiotem lub z sytuacją; to słowo-zdanie ma wiele sensów: „Mama" oznaczać będzie zarówno „jestem głodny… chcę się bawić… chcę cię pocałować…". Dopiero stopniowo ustala odpowiedniość między jednym przedmiotem a jednym słowem. To zresztą dzięki ewolucji symbolicznej funkcji języka kuje się myśl dziecka.

Dla nas, dorosłych, słowa stały się nośnikami, by tak rzec, „użytkowymi", przekazującymi nasze myśli, nasze emocje, towarzyszącymi naszym działaniom. Tylko wówczas, gdy szukamy wpływu, gdy chcemy uwagi rozmówcy, słowa odzyskują pełną wartość — „ważymy słowa", by „mieć ostatnie słowo"; trafnie umieszczone słowo może wyrządzić więcej krzywdy niż wiele uderzeń pięścią.

Ponieważ naszą rolą w „Centrach Językowych" jest wzbudzenie pragnienia komunikacji — które nigdy nie wykiełkowało u dziecka autystycznego, a które dyslektyk z trudem przenosi ze stadium ustnego do pisanego — ważne jest pochylenie się nad słowem, nad jego możliwymi reperkusjami, nad sposobem najlepszego użycia go w naszej terapeutyce. Stwierdza się bowiem, że przy nagraniach głosów macierzyńskich matki doświadczają trudności, jeśli nie blokad, w wyborze tekstów do głośnego ich czytania… Wydało się nam — po pewnym czasie — że istnieje tu cała droga do zasugerowania, proponując rodzaj dialogu mogący zainteresować ich dziecko. Bardzo często te nagrania są znamienne dla relacji ojciec–dziecko: „powiedziałam to, by mu powiedzieć", słyszy się czasami; wybór tekstów GM jest tym ważniejszy, że ten dialog ma w Ośrodkach miejsce coraz częściej w technice Narodzin Dźwiękowych, w której dziecko pod koniec ciąży słyszy historię, którą się mu opowiada. Dobór dla GO również musi być staranny, gdyż dziecko będzie tego słuchało przez wiele miesięcy.

Należałoby też wspomnieć o doborze książek do proponowania w trakcie sesji czytania; oto przykład pewnego młodego schizofrenika, któremu czytano powieść z bezecnymi scenami zabaw — trzeba było przerwać sesję, gdy ściszonym głosem powtarzał: „och! świnie…". Trzeba zatem zwrócić szczególną uwagę na słowa, których należy unikać — na przykład na sybilanty — co stanie się przedmiotem naszego rozważania.

Wychodząc od definicji językoznawcy de Saussure’a, zastanowimy się nad wpływem słowa.

W swoim słynnym Kursie językoznawstwa ogólnego de Saussure definiuje słowo jako znak konwencjonalny i rozkłada go na „znaczone" — czyli treść semantyczną, sens — oraz „znaczące", czyli powłokę, obraz akustyczny.

Jeśli zainteresujemy się najpierw „znaczonym", treścią semantyczną, dostrzegamy, że pewne słowa swoim sensem wywołują reakcje odmowy, lęku — lub konieczność powtarzania takiej czy innej myśli. Słowo jest zdolne — przez swój semantyczny aspekt — do psychologicznych reperkusji, których nie sposób zlekceważyć, czy chodzi o dorosłego, czy o dziecko, wobec idei słowa wywołującego bolesną rzeczywistość — co ma tym większy oddźwięk, że przywołuje traumatyzujące wspomnienie. Posuwamy się wówczas wobec swoistej „blokady" w powtarzaniu sylab — znamiennego wyrazu uwolnienia od wszelkiego afektywnego wpływu? Wkracza tu pojęcie zainteresowania, motywacji: uwaga musi być podtrzymywana, dziecko musi się czuć dotkniętym. W rzeczywistości chodzi o odzyskanie wzajemnej swojskości. By dziecko poczuło się dotkniętym, musi odnaleźć ramy odniesienia — na przykład pewne dziecko, któremu kazano przywoływać „czekoladę", w roli świętego, było widzieć, jak mówi „patatatat"… jego głos wznosi się aż po odpowiedź: „tatata, nie mam mu nic do powiedzenia. Nie wiem, dlaczego miałbym do niego mówić teraz, skoro nigdy się do siebie nie odzywamy w domu…". Jeśli słowa nie są obciążone afektywnymi konotacjami, dziecko reaguje dość bezpiecznie — jak ta szanowna pani, która na końcu sesji powiedziała: „dobrze rozumiałem to, co dyktowano, mogłem wszystko przerwać i zdaje mi się, że tak będzie". To, co może zainteresować biedne dziecko, to fakt, że matka do niego mówi, że dialogowała z nim, że mówi mu cokolwiek, ale głosem łagodnym i kojącym.

Wobec takiej postawy oporu i agresywności matki postanowiliśmy zatem dawać jej tekst do czytania przez pół godziny. Lecz trzeba mimo wszystko zaproponować coś wartościowego, pozytywnego, opowiadanie złożone ze słów wyrażających uczucia łagodności, pogody — proponujące przyjemny klimat afektywny, bez wstrząsów, bez przemocy. Wszystko to ma wpłynąć na nieświadomość dziecka, by nie dotykać miejsca, w którym pozostaje boleśnie zafiksowane. Wpływ słów — czujemy to dobrze — działa nawet i czasem przede wszystkim w nieświadomości. Dlatego musimy bardzo dbać o dobór tekstów do nagrań głosu macierzyńskiego.

Później w programie, gdy GM i Narodziny Dźwiękowe się skończą, prosimy niekiedy matki dzieci dość poważnie poszkodowanych, by nagrały śpiewająco, słodkimi tonami, kilka słów, które dziecko wymawia. I z tego dźwiękowego osnowa zwiększamy stopniowo liczbę słów. Warto używać jak najczęściej głosu matki — zwłaszcza gdy ona już rozpoczęła pewną liczbę sesji filtrowanej muzyki. Ma wówczas głos lepiej zabarwiony, bardziej modulowany — a w dodatku jej zachowanie wobec dziecka znacznie się zmieniło. Jest gotowa komunikować się z nim.

Co do głosu, którym mają być nagrywane teksty filtrowane — również trzeba zachować ostrożność i poddać go analizie sonograficznej, by poznać rozkład harmonicznych, w szczególności gdy chodzi o nagranie sybilantów. Czynimy to teraz automatycznie — zwłaszcza od czasu naszej przygody z benedyktynem. Z góry sądziliśmy, że ma głos połknięty, nieagresywny, pełen delikatności. Lecz tak nie było — i nie bez powodu Ojciec Opat poprosił, byśmy zatrzymali go w Centre du Langage na pewien czas. Nasza metoda musiała mieć pewne luki i być może pozwoliła rozwiązać kilka napięć w obrębie wspólnoty.

Możliwe jest dziś — za pomocą aparatów — ujęcie fizycznej natury słowa, czyli różnych parametrów definiujących dźwięk: wysokości, barwy, czasu trwania, do czego można dołączyć natężenie. Można fotografować — czy to za pomocą sonografu, czy fonointegratora — gdzie uzyskuje się na ekranie krzywą obwiedni częstotliwości zawartych w danym słowie, przez zapalanie kolorowych żarówek.

Chassagny w swojej metodzie reedukacji zaburzeń języka wykorzystuje oba aspekty słowa. W tym, co nazywa „seriami", izoluje słowa i prosi dziecko o ustalenie skojarzeń zarówno formy, jak i sensu — na przykład dla słowa „wiewiórka" musi znaleźć całą sekwencję słów na „órka" (forma) i inną, słów związanych z tym zwierzęciem (sens). Po odzyskaniu zdolności posługiwania się słowami w ich właściwej wartości będzie mogło budować zdania, potem spójne opowiadanie, prawdziwy język. Bo czytać — jak mówi nam Chassagny — „to przechodzić bezpośrednio od znaczącego (zapis pisany) do znaczonego (idea)".

Tym, co nas obchodzi, są częstotliwości zdolne wywołać korowe doładowanie — czyli wysokie. Wybierzemy więc słowa bogate w wysokie częstotliwości — czyli sybilanty.

Można wówczas zapytać, czy ważniejsza jest wartość słowa, jego semantyczny ładunek, czy jego bogactwo w wysokie częstotliwości. Czy decydujące jest fizjologiczne działanie wysokich? Czy psychologiczne działanie znaczenia słów? Jeśli semantyka wywołuje lęk, chcemy uzyskać przeciwieństwo — pobudzenie nerwu błędnego.

Wydaje się jednak, że problem nie sytuuje się na tym poziomie. Jeśli musimy oczywiście uważać, by nie wybierać słów grożących rozdrażnieniem gwałtownych afektów, by nie ograniczyć dobroczynnego wpływu wysokich, być może trzeba przede wszystkim zatroszczyć się o to, czy głos osoby, która wymawia te słowa, będzie miał korzystny wpływ. Wiemy bowiem, że głos lewy, monotonny, bez jakości, bez barwy, przygnębia, podczas gdy głos prawy, otwarty, pewny, bogaty w wysokie częstotliwości, doładowuje.

Nie polegać całkowicie na technice — choć jej wpływ jest ważny — lecz uwzględniać przy nagraniach wszelkiego rodzaju zainteresowania i motywacje każdego — taka musi być nasza rola.

+−+−+−+−+−+

Dyskusja po wykładzie panny Gesta (Villeneuve)

o „Wpływie słów"

Debata prowadzona przez pana Baltza (Lyon)

P. Baltz

Sądzę, że temat poruszony przez prelegentkę był bardzo jasny — pozwolę go sobie streścić w dwóch słowach: każda informacja zawiera zarówno problem częstotliwościowy, jak i semantyczny. To oczywiste — i sądzę, że można by nieco rozszerzyć kwestię, sięgając do dysleksji. Istnieją informacje różnych rzędów oraz informacje akustyczne — gdyż, jak mówi nam prof. Tomatis w dziele Edukacja i dysleksja, to połączenie, koordynacja tych dwóch kategorii sprawia, że czytanie jest łatwe lub trudne. W zależności od zgodności widzenia i słuchu wystąpią mniejsze lub większe opóźnienia — i będziemy mieli potknięcia, opuszczenia sylab lub inwersje.

Zaznaczywszy ten drobny zastrzeżenie, nie chcę dłużej trzymać głosu — by oddać go temu, kto zechce w sali.

Prof. Tomatis

Skoro nikt jeszcze nie prosi o głos, chciałbym dodać kilka szczegółów do tego, co przedstawiła nam panna Gesta. To, co relacjonuje o owej zakonnicy, która mówiła o swoim małym Jezusie za każdym razem, gdy słyszała sybilanty, których nie rozumiała, jest dla nas tym bardziej uderzające, że panna Gesta z pewnością nawiązuje do problemu, jaki musieliśmy rozwiązać w sprawie niektórych naszych nagrań.

Były one wykonane w pewnym momencie z tekstów zawierających słowa bardzo negatywne, wybrane — i to paradoks — przez benedyktyna, którego mieliśmy wówczas w naszych usługach. Bezwiednie odtworzyliśmy serię, którą przypadek wytworzył. Tak że teraz, po dwóch i pół roku, dzięki analizie spektralnej pod Oreille Électronique, mamy pewne sytuacje silnie związane z emocjonalnie obciążonymi słowami. Bardzo szybko — krzywe okropnych słów takich jak „samobójstwo", „kino", „rozwód"… wykonane do tego głosem recto-tono, dość, by kogoś zabić, zanim wyjdzie z kabiny.

Widziałem także matki odmawiające nagrania, ponieważ sam ton proponowanego tekstu je przerażał. Jedna z nich miała zresztą poronienie syna… Pomysł mówienia do dzieci, których oczekiwano psychicznie kilka lat, służyły w mgnieniu oka, że drzwi otwierały się ku możliwości nagrania, gdy poprosiło się je o reedukację jednego z ostatnich dzieci, które było również dyslektykiem. Zaproponowano jej tekst tak gwałtowny, z tak okropnymi i strasznymi słowami, że odmówiła czytania, tłumacząc się, iż nie chce mówić przed swoim dzieckiem nawet tak ponurej opowieści. Miała rację.

Konieczne jest istotnie dbanie o jakość i wartość tekstu, jaki matka będzie nagrywać do treningu w głosie wewnątrzmacicznym. Tekst musi być dobrze wybrany, harmonijnie ułożony, pełen nadziei i czułości. Niektóre bajki dla dzieci zaleca się. Dlaczego tyle matek odbiera te opowiadania, które będą filtrowane powyżej 6000 Hz, co najczęściej nie wydaje się nieprzydatne (wszystko poza aspektem semantycznym)? Ponieważ w nieświadomości dziecka to, co się mówi, jest doniesione do swojej maksymalnej wartości i wybuchowej mocy. Tekst matki może być zresztą interpretowany przez nie w funkcji jego trosk. Chłopiec 11-letni na przykład — choć prześladowany i bardzo wrażliwy na to, co dla niego nagrywano — rozszyfruje, że powiedziała „złodziej" lub „kradnący", po prostu dlatego, że poprzedniego dnia wziął coś z portfela matki, by zrobić zakupy, i nie zachowywał się całkiem w porządku. Wystarczy płynący tekst, w trakcie krótkiej powieści GM, by ujawnić to, co nieświadomie blokuje dziecko w jego stawaniu się. Dlatego ważne jest notować wrażenia badanego podczas sesji w GM i słuchaniu wewnątrzmacicznym.

P. Baltz

Jeśli pan pozwoli, pozwolę sobie nieco rozszerzyć kwestię informacji, którą wcześniej przywołałem. Mówiłem o problemie dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, w związku z reedukacją, którą prowadzimy. Po roku reedukacji psychomotorycznej zauważyliśmy, że dzieci wykazujące zaburzenia ruchowe zachowywały problemy koordynacji, powolności mięśniowej, które bez bycia porażeniem motorycznym stanowiły poważne utrudnienia.

Ciekawe jest widzieć, pod Oreille Électronique, przebudzenie, jakiego ci uczniowie potrafili dokonać w stosunku do języka. Tu odnajdujemy problem semantycznego dostarczenia — sądzę, że oba są ściśle powiązane, lecz być może Doktor będzie mógł nam to za chwilę wyjaśnić. Uważam, że te dwa czynniki są wystarczająco związane w przypadku, do którego nawiązywałem kilka razy, dotyczącym pacjentów ze zmianą stawu skroniowo-żuchwowego, z zaburzoną fonacją oczywiście — w przypadku, gdzie była przewidywana korekcja szczękowa dla przywrócenia uzębienia.

Otóż po roku korzystania z sesji pod Oreille Électronique z powodu problemów z językiem ustnym i pisanym, okazało się, że już nie była potrzebna ortodoncja. Ucho wykonało pracę — to znaczy umięśnienie wniesione do strefy szczękowo-twarzowej energicznie zastąpiło hamulec działania, jaki zapewniał aparat. Widzą państwo zatem, jakie związki to może wywołać z punktu widzenia fonacyjnego i z punktu widzenia kontroli akustycznej. Sądzę, że Doktor jest znacznie lepiej umiejscowiony niż ja, by o tym mówić i wyjaśnić, że hipotonia strefy szczękowo-twarzowej odnajdywana jest w muskulaturze strzemiączka.

Pani Zillermairi (Lyon)

Ile sesji potrzeba było, by uzyskać te wyniki?

P. Baltz

Około stu.

Prof. Tomatis

Pan Baltz słusznie zauważa, że jeśli dziecko jest hipotoniczne, cała muskulatura otwierająca ucho jest również hipotoniczna — i mamy kontrreakcje działające na VII parę unerwiającą mięśnie młoteczka oraz na nerw strzemiączka. Istnieje zatem cykl między muskulaturą twarzy a mięśniem strzemiączka — przez edukację słuchową pod Oreille Électronique wzmacniacie zarazem całą muskulaturę szczękowo-twarzową, co poprawi sprzężenie zachodzące zarazem na odbiorniku i nadajniku.

Wracając do saussure’owskiego systemu, o którym mówiła panna Gesta, sądzę, że trzeba podkreślić, iż nie należy traktować języka jako przedmiotu samego w sobie. Język jest wydzielinem człowieka, a istota ludzka jest zawsze istotą myślącą. Jeśli zatem daje się jej językowe struktury, by mogła wyrazić to, co ma do powiedzenia, będzie musiała te struktury ukształtować po swojemu i przekazać je swoim ciałem, by wyrazić swoją myśl.

Nie sądzę, by język był zjawiskiem zasadniczo społecznym — to także problem zaangażowania istoty. Niektórzy starożytni studiujący język — kabaliści na przykład — bardzo dobrze wiedzieli, że dobór słów ma kapitalne znaczenie, że można kogoś wyciągnąć — lub przeciwnie wzmocnić — przez język, dobierając częstotliwości i ich rozkład w znaczeniu. Co nas dotyczy, sybilanty wnoszą nadzwyczajną energię, dodatkowo wzmocnioną przez kolejne filtracje. Prawdą jest, że może się też wkraść słowo świszczące, które zniszczy energetyzującą stronę. Diabeł może się ukryć w szczegółach. Skądinąd sądzę, że technika, jaką stosujemy, jest po prostu zrobiona, by napiąć błonę bębenkową — pomówimy o tym jutro. Jeśli błona bębenkowa jest mocno napięta, lęk opada. Gdy badany nie ma już lęku, przestaje rodzić się na nowo — a tym samym dobór słów, którymi się wyrazi, się zmienia.

W dziedzinie audio-głosowej edukacji, jaką praktykujemy pod Oreille Électronique, częstotliwości są zatem bardzo ważne. Jeśli zarejestrujecie na przykład słowo łagodne, miłe, czułe — krótkie wyrazy „banana", „lemon", „danelot" — uwolnicie całą wisceralność badanego, lecz nie zdołacie dotrzeć do strefy malarstwa, abstrakcji, transcendencji. Jeśli przeciwnie wybierzecie słowa bardzo bogate w sybilanty, znacznie zwiększacie świadomość badanego, który tym samym będzie mógł oddawać coraz więcej na płaszczyźnie ekspresji.

Pani Dubard (Nicea)

Chciałabym wiedzieć, co państwo myślą o trzylatku, który nie mówi, lecz gwiżdże.

Prof. Tomatis

To język. Istnieją języki gwizdane — w Pirenejach na przykład, gdzie pasterze „rozmawiają" z jednej doliny do drugiej, gwizdając. Na pewnym wybrzeżu Hiszpanii ludzie wzajemnie się tak nawołują. Istnieje doskonale ustalony kod, lecz nie sięga on bardzo daleko w plan ekspresji. Dziecko, o którym pani mówi, jest zdolne wejść w język w wieku trzech lat, by się wyrazić — odmawia zapewne wejścia w język i wymaga od rodziców, by rozumieli, co chce powiedzieć. Jestem pewien, że rodzice odpowiadają na jego pytania — zwłaszcza matka. Po cóż miałby się zmieniać? Ponadto jest to dla niego również sposób doładowania się i pozbycia się lęku. Z pewnością bywali państwo nocą ogarnięci strachem, gdy zaczynali gwizdać lub śpiewać, by przerwać ciszę i zwiększyć swoje napięcie świadomości, by wyeliminować lęk, który ogarniał. Za każdym razem, gdy pojawia się strach, trzeba podtrzymać własną tonusowość. Ten, kto zaczyna gwizdać nocą, sympatycznie napina swoją błonę bębenkową — i tym samym koi działanie nerwu współczulno-pneumogastrycznego, który jest, jak wiecie, nerwem lęku. Gwiżdżąc, próbuje się też doładować, udowodnić sobie, że się istnieje. Pamiętacie, że by istnieć, trzeba siebie dotykać — a język wydobywany z ust jest jednym z głównych elementów pozwalających nam siebie dotykać, właśnie przez słuchowe ucho skóry. Gdy tylko wprawiacie powietrze otaczające w drganie hałasem, wprawiacie też w drganie przedmioty, które dotykają was w skórę i was uspokajają.

W przypadku przywołanym przez panią Dubard chodzi zapewne o dziecko z poważnymi zaburzeniami komunikacji, które nie może wejść w język innych. Gwizdze, by nie wejść w język relacji. Gwizdze, by nie być w języku innych — co dodatkowo pozwala mu się doładować. Sądzę, że nie chodzi tu o autystę, lecz o schizofrenika; autysta odcina komunikację całkowicie i nie używa nawet gwizdu, podczas gdy schizofrenik nigdy nie odciął się w pełni od języka, lecz zachował ucho niezwykle bogate w wysokie tony. Dlatego ma taką energię — wspina się po ścianach, wchodzi na meble, ma zawsze energię, a gdy nie gwiżdże, krzyczy bardzo głośno — podczas gdy autysta po prostu milczy. Nie używa nawet tego kodu komunikacji.

Pani Bourgnon (Verviers)

Czy nie można by w tej sprawie pomyśleć o taśmach z sybilantami?

Prof. Tomatis

Tak, oczywiście — a potem rozszerzać gwizd o częstotliwości po obu stronach, ku niskim i wysokim. Lecz trzeba zaznaczyć, że gwizd nie wchodzi bardzo wysoko. Można to stwierdzić na oscyloskopach: wchodzi się znacznie wyżej gwiżdżąc niż mówiąc — w istocie nie przekracza 4000 Hz; strefa jest więc ograniczona.

Pani Bourgnon

Osobiście wiele gwizdałam, bo robiło mi to dobrze.

Prof. Tomatis

To było niewątpliwie również uciekanie od języka. Zwracam mimochodem uwagę, że tracąc słuch, traci się też gwizd — i reedukacja będzie polegać, odzyskując pewną strefę wysokich, na przywróceniu badanemu chęci gwizdania. W jego nieświadomości zaczyna aktywować wargi — i to nazywam stadium „Labdakosa". Pamiętacie, że Labdakos był ojcem Lajosa; to stadium, w którym dziecko zaczyna ruszać wargami, by dochodzić do wyrażania siebie. Chce stać się panem tego procesu, panem kontrreakcji: słuchanie wysokich — napięcie błony bębenkowej — napięcie warg do przodu; to ma zastąpić zjawisko ssania na początku.

+−+−+−+−+−+


Źródło: Akta II Międzynarodowego Kongresu Audio-Psycho-Fonologii, Paryż, 11–14 maja 1972, s. 21–31 („Wpływ słów" panny Frédérique Gesta, Dział Audio-Psycho-Fonologii Centre Hospitalier de Villeneuve-Saint-Georges, oraz dyskusja prowadzona przez pana Baltza, Lyon, z udziałem prof. Alfreda Tomatisa, pani Dubard z Nicei, pani Bourgnon z Verviers i pani Zillermairi z Lyonu). Dokument cyfrowy pochodzący z osobistych archiwów Alfreda Tomatisa. Daktylograficzny tekst źródłowy ma liczne wady transkrypcji; przekład trzymano możliwie blisko źródła, dążąc do czytelności.

Pełne akta II Kongresu APP w Paryżu 1972facsimile tomu aktów (228 stron, gromadzące ten komunikat oraz całość wystąpień kongresu).