Wykład wygłoszony przez profesora Alfreda A. Tomatisa podczas 2. Międzynarodowego Kongresu Audio-Psycho-Fonologii w Paryżu w 1972 roku. Na dziewiętnastu stronach autor opowiada w pierwszej osobie genezę Oreille Électronique (narodzonej dwadzieścia pięć lat wcześniej, w 1947 roku, w Arsenałach Aéronautique), powraca do wielkich etapów odkrycia (pierwszy pacjent-śpiewak diagnozowany przez Froeschelsa, paralelizm między głuchotą zawodową śpiewaków i robotników wystawionych na hałas, analiza spektrograficzna głosu Carusa z 4000 fotografii, pawłowowskie warunkowanie elektronicznym przerzutnikiem, leczenie jąkania przez lateralizację, odkrycie etnicznych uszu przez weneckich śpiewaków), następnie przedstawia nową teorię fizjologii słuchu zrywającą z Helmholtzem i Békésym: dźwięk nie przechodzi łańcuchem kosteczek, lecz kością sulcus tympani ku labiryntowemu pęcherzykowi. Tekst kończy się pojęciem audiogirii (swoiście ludzkiej, przeciwstawnej zwierzęcej opto-okulo-cefalogirii) oraz psycho-lingwistyczną refleksją o stadiach języka dziecka.

Nowe teorie fizjologii słuchu — Zastosowanie Oreille Électronique

I. — Narodziny Oreille Électronique w Arsenałach Aéronautique

Oreille Électronique narodziła się dwadzieścia pięć lat temu, jak się zdaje przypadkowo — o ile w badaniach mogą istnieć przypadki. Elektronikom obecnym na sali przypomnę, że dwadzieścia pięć lat temu elektronika była nauką w stanie embrionalnym. Osobiście, interesując się fonacją śpiewaków, zatroszczony byłem zwłaszcza pytaniem, dlaczego jeden człowiek może śpiewać, a inny nie. Kierowałem wówczas laboratorium fizjologii akustycznej w Arsenałach Aéronautique, gdzie miałem za zadanie wykryć, czy hałas wywołuje — jak twierdzili Amerykanie — uszkodzenia słuchu. Zlecono mi zbadać, czy robotnicy pracujący na hamowniach rzeczywiście zasługują na odszkodowanie — co stawiało oczywiście wielkiej wagi problem społeczny.

Wszyscy państwo wiedzą dziś, że człowiek zanurzony w hałasie traci słuchanie i traci je w sposób niezwykle dotkliwy: w pewnej chwili wciąż słyszy, lecz niczego nie rozumie. Żyje wówczas w zniekształconym, przerażającym dźwiękowym uniwersum. Nie było to jednak oczywiste dwadzieścia pięć lat temu — mówić wówczas o audiometrii wydawało się dość niezwykłe. Audiometr to francuskie urządzenie, opracowane w 1933 roku przez zespół badawczy C.N.E.T., w postaci bardzo nieporęcznego zestawu, praktycznie niewykorzystywalnego. Amerykanie podjęli te prace w trakcie ostatniej wojny, by systematycznie wykrywać szkody u prowadzących hałaśliwe pojazdy. Moja misja w Arsenałach polegała zatem na poszukiwaniu, czy ludzie pracujący na hamowniach doznawali traumatyzmów słuchowych. Sprowadziłem audiometr ze Stanów Zjednoczonych i zacząłem w piwnicy, w składzie węgla, masowo badać słuch pracowników Arsenałów.

To, co szczególnie mnie wówczas interesowało, to równoległość między uszkodzeniami słuchu stwierdzonymi z jednej strony u śpiewaków, z którymi miałem do czynienia jako specjalista laryngolog i foniatra, a z drugiej u robotników Arsenałów pracujących w hałasie. A priori wydawało się, że nie ma żadnego związku. Lecz problemy stwarzane przez śpiewaków były takie, że pewnego dnia zacząłem badać słuch jednego z nich, posiadającego głos wyjątkowej jakości, lecz fałszującego. Wiedział o tym, miał świadomość, próbował wszystkiego, by skorygować tę wadę, lecz nigdy mu się nie udało. Z kolei ja próbowałem wszystkiego, by go zmusić do czystego śpiewu — tym bardziej że przyszedł z diagnozą wybitnego znawcy: Froeschelsa, słynnego laryngologa o światowej renomie, foniatry Opery Wiedeńskiej.

Mając diagnozę Froeschelsa o krtaniowej dystonii, pomyślałem od razu o dystonii krtani — czyli o źle naciągniętych strunach. Logiczne było przypuszczać, że struny śpiewaka są zluzowane, skoro nie potrafi czysto śpiewać; czyż zluzowane struny skrzypiec nie powodują fałszywych dźwięków? Zaopatrzony w tę hipotezę i terapeutyczne teorie mistrzów Wydziału, zacząłem napinać struny, podając biednemu nieszczęśnikowi mnóstwo środków mających tonifikować krtań. Niewiele wówczas leków mogło dawać taki efekt. Niektóre zawierały hormony męskie, inne były na bazie strychniny. Podałem mu więc takie dawki strychniny, że pewnego pięknego dnia udusił się na scenie. Naciskał — „cravate", jak mówią śpiewacy — lecz mimo to fałszował. Stąd wywnioskowałem, że pociąganie struny nie wystarczy, by śpiewać czysto.

Natomiast gdy przeprowadziłem badanie słuchu u tego śpiewaka, stwierdziłem u niego głuchotę zawodową podobną do tej, jaką wykryłem u osób wystawionych na hałas reaktorów. Istniała zatem swoista paralela między tymi dwoma rodzajami słuchu. Zapytałem siebie wówczas, czy śpiewak — nieustannie śpiewając i emitując intensywne dźwięki — w końcu nie „łamie" sobie ucha. Taka była hipoteza wyjściowa.

Inne badania należało podjąć z innej perspektywy: obiektywnie wykrywać traumatyzmy dźwiękowe wywoływane przez hałas. Stwierdziłem, że niektórzy pracownicy Arsenałów mieli interes, by udawać głuchotę dla otrzymania renty, podczas gdy inni (jak załogi lotnicze) starali się zachować dobrą reputację słuchową, by zachować materialne korzyści. Wykonując audiometrie seryjnie, dostrzegłem, że istnieją wahania słuchu rzędu kilku decybeli, czasem nawet 20, co już znaczne, zważywszy że decybel ewoluuje logarytmicznie. Istniał zatem hiatus między operatorem a badanym. Czy tu była nieuczciwość? Długo tak myślałem, lecz w końcu zrozumiałem, że psychika interweniuje bardzo intensywnie — bez wiedzy samego badanego. Pojąłem, że nawigator pobierający wysokie wynagrodzenie podczas pilotowania, ryzykujący znacznie niższą pensję na ziemi, mógł nieświadomie zwiększyć swoją percepcję słuchową o kilka decybeli. Natomiast gdy badani z Arsenałów (początkowo niechętni) dostrzegli możliwość renty, natychmiast podejmowali ogromne wysiłki, by niczego już nie słyszeć.

Tak doszedłem do tworzenia maszyn pozwalających obiektywnie wyznaczyć zdolność słuchania każdego badanego. Stało się to głównym celem moich badań przez wiele lat. Prace prowadzone w dziedzinie śpiewu pomogły mi w tych studiach. Pragnąc obiektywizmu w foniatrii, skierowałem się ku fizjologicznym badaniom głosu śpiewanego. Dzięki życiu w środowisku teatru lirycznego (mój ojciec śpiewał ponad czterdzieści lat w Operze) byłem przesycony pewnymi pojęciami śpiewu, lecz subiektywnie — dlatego zastanawiałem się dwadzieścia pięć lat temu, czy można obiektywnie i naukowo ująć te głosy na lampach katodowych. Aparaty analityczne, dziś powszechne, były wówczas bardzo rzadkie. Pierwszy zbudowany przeze mnie analizator był prawdziwym monumentem, lecz pozwolił mi uzyskać na lampie cechy dobrego i złego głosu. Głos dobrze postawiony rzeczywiście wykazuje inne spektrum niż ten źle postawiony.

II. — „Odtwarza się tylko to, co się słyszy": pierwsza hipoteza

Drugi fakt wydał mi się bardzo interesujący. Każdorazowo gdy badany wykazywał scotomę — czyli dziurę — na poziomie pewnych częstotliwości słuchu, odnajdywano tę samą scotomę na tych samych częstotliwościach w spektrum głosowym. Wówczas pomyślałem i wyraziłem nieco lapidarnie, że „odtwarza się tylko to, co się słyszy". To było być może odważne, lecz odtąd nie miałem powodu, by od tego odstąpić. Pewne, że niekiedy snop harmoniczny może gdzieś wytrysnąć, lecz z reguły nic nie dzieje się w spektrum tam, gdzie jest słuchowy deficyt.

Myśląc o personelu Arsenałów, postawiłem sobie pytanie: „skoro badany odtwarza tylko to, co słyszy, czy można — działając na jego słuch systemem filtrów — uzyskać modyfikacje fonacji i samosłuchania?" Problem zdawał się złożony. Dwadzieścia pięć lat temu prace Wienera dopiero powstawały, a pojęcie cybernetyki, kontrreakcji, było całkowicie nieznane. Zwracając się do elektroników Philipsa, oznajmiłem, że chcę zlecić wykonanie filtrów do działania na słuch. Zaszokowali się, mówiąc, że to niemożliwe. Nie zważałem, nie chcąc porzucać projektu. Sam wykonałem montaże. Zaobserwowałem, że za każdym razem, gdy w spektrum słuchowym ucinałem wysokie częstotliwości powyżej 2000 Hz, była destrukturyzacja głosu; stawał się znacznie bielszy, tracił barwę. Ponadto badany stawał się bardziej zmęczalny. Później dostrzegłem, że nie samo cięcie liczyło się, lecz nachylenie narzucone przez system filtrów.

III. — Caruso, Gigli i krzywa obwiedni głosowej

Pomyślałem natychmiast, by zbadać zjawisko odwrotne — odzyskać słuch badanego z jego głosu. Poprosiłem laboratoria o matryce wielkich głosów. Tak z płyt Carusa nagranych w bardzo ciasnych warunkach od 1898 do 1919 (heroiczna epoka fonografu) zdołałem wykonać 4000 zdjęć głosu tego wielkiego śpiewaka. Mogłem uchwycić na taśmach wszystkie podtrzymywane nuty, dzięki analizatorowi panoramicznemu. Natychmiast zauważyłem, że istnieje krzywa obwiedni utworzona z optymalnych punktów na lampie. Otóż krzywe Carusa zaczęły się zauważalnie zmieniać od 1901-1902, tak że mogłem śledzić ewolucję jego sposobu słyszenia.

Dla techników i specjalistów na sali — uściślę godny uwagi fakt u Carusa: proporcję między dźwiękami fundamentalnymi a snopem harmonicznym. Nawet przez nagrania złej jakości zauważyłem snop harmoniczny 7 do 14 razy większy niż fundamentalny. To kolosalne, wyjątkowe — mimo postępów techniki nagraniowej nigdy nie spotkałem głosu z taką ilością harmonicznych. Inny element to degradacja z 1909 i zwłaszcza 1914, ze scotomą — wyrażająca trudność, jaką musiał odczuwać pod koniec życia, by się słyszeć i samo-słuchać.

Zanim przejdę dalej, kilka uściśleń o „scotomie". U badanego długo zanurzonego w hałasie istnieje tzw. patognomoniczne uszkodzenie — czyli specyficzne. To jeden z rzadkich specyficznych objawów medycyny, traumatyzm pojawia się zwykle na 4000 Hz. Wyjątkowo na 2000 Hz, jeszcze rzadziej na 6000 Hz; ale na 4000 Hz pojawia się rozdarcie, swoista szczelina w V, która się powiększa i w końcu przeszkadza w dyskryminacji słuchowej. Na początku scotoma na 4000 Hz może nie być dostrzeżona przez badanego — nie trzeba bowiem słyszeć na tym poziomie, by rozumieć rozmowę. Lecz gdy uszkodzenie się rozszerza, gdy szczelina sięga 2000 Hz lub poniżej, zrozumiałość się zaburza i badany zaczyna źle rozumieć mowę. Barwa głosu się zmienia od spadku przy 2000 Hz; przy 1500 Hz niemożliwe staje się przywrócenie czystości dźwięku.

Miałem szczęście badać wielkich śpiewaków pod kątem audio-głosowym, w szczególności Beniamina Gigliego, którego krzywą słuchową hipotetyczną wykreśliłem w laboratorium z płyt i snopa harmonicznego. Trzy lata później miałem szczęście odnaleźć — w jego badaniu — krzywą wyznaczoną eksperymentalnie. Później rozszerzyłem te hipotezy na muzykę instrumentalną. Pomyślałem, że gra muzyka może wyrażać jego postawę słuchania. Pracując z wielkimi skrzypkami-wirtuozami, stwierdziłem nakładanie się krzywej ich słuchu i krzywej dźwięków, jakie wydobywali ze swoich Stradivarius. Wydawało się, że istnieje w obu dziedzinach zjawisko predyspozycji do słuchania, które warunkuje ekspresję głosową lub muzyczną.

Detalem dla zajmujących się elektroniką: efekt kontrreakcji jest niemal natychmiastowy — pod warunkiem, że respektuje się określone reguły, że dystrybuuje się określone natężenie i rozwija określoną energię w mikrofonie. To doświadczenie łatwe w laboratorium pozwala odkryć nowe horyzonty — głównym elementem obserwacji jest różnicowanie obu uszu. Prawe i lewe ucho nie są podobnymi czujnikami i dają zupełnie różne kontrreakcje. Doświadczenie pokazuje również, że gdy zatrzyma się kontrreakcję, początkowe zjawiska wracają.

IV. — Od głosu Carusa do kontrreakcji Carusowskiej

Mówiłem przed chwilą, że istnieją kryteria dobrej i złej jakości głosu. Dobrze postawiony głos zawsze wykazuje cechy zaznaczające bardzo akcentowaną różnicę między wkładem krtaniowym (minimalnym) a zjawiskiem rezonansu (bardzo ważnym). Te cechy odpowiadają oczywiście sposobowi słyszenia, postawie słuchania. Pomyślałem zatem, że oferując badanemu elektronicznie sposób słyszenia wielkiego śpiewaka, daję mu jednocześnie — przez kontrreakcję — możliwość emitowania dźwięków o tej samej jakości. Zjawisko jest natychmiastowe. Jeśli dasz komuś krzywą słuchania typu Carusowskiego, badany natychmiast się przemienia. Pojawia się ogólna euforia; przyjmuje inną postawę, prostuje się, oddycha szeroko; jego twarz się zmienia.

Długo zadowalałem się gromadzeniem elementów eksperymentalnych — z każdorazowym rozczarowaniem widzieć, jak kontrreakcja znika, gdy zdejmuję aparat. Nie mogłem jednak trzymać badanego stale ze słuchawkami i kompleksem elektronicznym przed sobą. Zastanawiałem się więc, czy nie mogę uwarunkować badanego i utrzymać tej naelektryzowania. Długo używałem dwóch maszyn — jednej odtwarzającej zwykły słuch, drugiej odtwarzającej pożądaną postawę słuchania. Miałem dwa aparaty, dwa mikrofony i tylko jedne słuchawki. Gdy badany zaczynał mówić lub śpiewać, odwracałem słuch przełącznikiem zamykającym jeden kanał i otwierającym drugi. System był uciążliwy, gdyż wymagał obecności asystenta.

V. — Przerzutniki i pawłowowskie warunkowanie

Napotkaliśmy tę poważną niedogodność, aż pojawiły się przerzutniki w elektronice. Przerzutniki to przekaźniki pozwalające bez trudu przejść z jednego kanału na drugi. Trudność polegała na tym, by przejść bez wstrząsu dla badanego, by niczego nie zauważył. Aby nie było szoku, bardzo precyzyjny komunikat musiał modyfikować strukturę, lecz zachować tę samą energię. Problem rozwiązany przez kompetentnych specjalistów, którzy nie próbowali rozumieć fizjologii, lecz dokładnie wykonali to, o co prosiłem.

Uzyskaliśmy natychmiast warunkowanie typu pawłowowskiego pierwszego rzędu. Gdy badany zaczynał fonować, energia dźwiękowa przechodziła przez przerzutnik do górnego kanału, a badany odczuwał natychmiast inne wrażenia słuchowe — przez modyfikację dźwiękowego zaopatrzenia. Na początku eksperymentowania nie próbowałem odpowiedzieć, dlaczego instaluje się czynnik trwały, ani dlaczego niektóre osoby zaczynały śpiewać czy mówić poprawnie po kilku sesjach. Wyjaśnienie neuro-fizjologiczne było wówczas trudne.

Pracując nad głosem aktorów, działając na obwody kontroli prawe i lewe, ujawniłem pewne parametry mechanizmów głosu mówionego. Dzięki współpracy z wielkim aktorem dotarłem do zaburzeń rytmu typu jąkanie. Aktor ten zaczął się jąkać, gdy włączyłem jego lewe ucho. Zapytałem siebie, czy jąkający się nie mają właśnie problemów lateralizacji słuchowej.

VI. — Jąkanie i lateralizacja słuchowa

Czym dokładnie było jąkanie? Nie wiedziałem, ani nikt wówczas. Zacząłem od pobudzania w określony sposób jednego i drugiego ucha — i uzyskałem spektakularne wyniki. Z chwilą, gdy tworzy się „feedback" po prawej, badany zaczyna mówić normalnie. Gdy doświadczenie wykonuje się z lewym uchem, rytm zwalnia i pojawia się jąkanie. Sądziłem, że znalazłem wielki sposób uwolnienia wszystkich jąkających się świata. Na szczęście spotkałem później jąkających się opornych — niepowodzenia pozwoliły mi być mniej triumfalnym.

W trakcie badań zająłem się też innymi aspektami — pewnymi problemami fonetycznymi, jakie przedstawili weneccy śpiewacy: nie potrafili wymówić „rrr" czubkiem języka; Wenecjanin mówi „LLL". Zastąpienie „LLL" przez „rrr" było wyczynem w śpiewie. Nie znając wówczas nic z fonetyki, lecz mając słynną maszynę, posadziłem śpiewaków pod aparatem i wymawiałem przed nimi „rrr" czubkiem języka. Odpowiadali „rrr" — sądziłem zatem, że nie mogli wcześniej emitować „rrr", gdyż go nie słyszeli. Narzucając im ucho Carusowskie, wydające mi się wówczas najbardziej nadzwyczajnym, przekazywałem im neapolitański słuch. Zapytałem siebie wówczas, czy nie istnieją etniczne uszy — słuch specyficzny dla każdego języka. Skoro był słuch neapolitański, dlaczego nie miałby być francuski, angielski itd.? Tak doszedłem do dzieci z trudnościami w nauce języków — w szczególności angielskiego, jednego z głównych nauczanych w liceach. Dlaczego niektóre dzieci, skądinąd dobre w nauce, miały złe oceny z angielskiego? Nie stały się nagle głupie wobec jednego przedmiotu. Były po prostu głuche na angielski.

VII. — Etniczne uszy i nauka języków

Zacząłem zatem szukać ucha angielskiego. Analizując na lampach katodowych liczne dokumenty dźwiękowe, zdołałem wyznaczyć pasma przepustowe języka angielskiego i swoistą krzywą tej językowości. Mówić o „pasmach przepustowych" w akustyce i lingwistyce było wówczas prawdziwą herezją. Miałem wrażenie wołania na pustyni i przywoływania pojęć całkowicie nieznanych. Wywołałem wiele uśmiechów; może wciąż się uśmiechają. Tak czy inaczej pojęcie „pasm przepustowych" w fonetyce i lingwistyce jest dziś przyjęte.

Gdy stawia się dziecko w określonym etnicznym słuchaniu, widzi się natychmiast, jak cała jego struktura fonacyjna się zmienia, cała postawa cielesna się modyfikuje. Jeśli warunkowanie trwa kilka miesięcy, można nawet mówić o psycho-morfologicznej modyfikacji. Jeśli narzucisz Francuzowi słuchanie niemieckie, badany się prostuje, wertykalizuje, przyjmuje sztywną postawę Niemca. Jeśli natomiast dasz angielskie ucho Niemcowi i poprosisz, by mówił dalej po niemiecku, nie potrafi; nawet się zatrzymuje; musi zdjąć słuchawki, by pomyśleć zdanie. To samo z chińskim, językiem intonacyjnym: tworzy się zahamowanie tłumiące nawet zdolność myślenia.

Oto droga eksperymentalna prowadząca do technik edukacji audio-głosowej stosowanych dziś w ośrodkach wyposażonych w Oreille Électronique. Z pewnością neuro-fizjologiczne mechanizmy nie są w pełni znane. Lecz czy miałem czekać, aż wszystkie poznam, by kontynuować pracę i działanie terapeutyczne? Nie sądzę. Ważne było ulżenie wszystkim, którzy do nas przychodzili. Gdy zauważyłem, że dzieci, którymi się zajmuję, lepiej pracują w szkole, że dorośli odzyskują smak życia, że ich tonus wraca itd. — stanąłem przed dylematem. Albo kontynuować swój zawód laryngologa, chowając badania do szafy aż do emerytury, albo kontynuować badania i zacząć leczyć ludzi opracowanymi technikami.

VIII. — Niepowodzenia badań — ferment ponownego stawiania pytań

Pewne, że nie wszystkie wyniki były pozytywne. Były niepowodzenia. To one zresztą zawsze były podkreślane, bez przywoływania setek i tysięcy zadowalających rezultatów uzyskanych tymi technikami. Pozostaję zresztą przekonany, że to niepowodzenia popychają badania naprzód. Są konieczne. Dynamizują, budzą krytykę, zwiększają roztropność, uczyniają osąd subtelniejszym. Pozwalają precyzować myśl o niektórych danych i unikają wmawiania, że wszystko odkryto. Zresztą odkrywa się tylko to, co istnieje. Wszystko zostało powiedziane od dawna. Nie ma geniuszy. Są po prostu układy nerwowe wrażliwsze niż inne, by przekazywać realia tego świata. Dlatego niepowodzenie przypomina, że pokora musi pozostać istotną cechą badacza. Dramatem byłoby — jak humorystycznie zauważył Valéry — nie mieć kontrreplikujących. Ich krytyki pozostają fermentem wszelkiego ponownego stawiania pytań. Niepowodzenia pomogły mi osobiście. Zmusiły mnie do pchnięcia badań dalej w sprawie ucha, ludzkiego słuchania. I to wyniki tych badań chciałbym dziś przywołać.

Oczywiste, że fizjologia słuchu rozwinęła się znacznie w ostatnich latach. Długo sądzono, że ucho jest przeznaczone do robienia zapaleń. Potem zaczęto pochylać się nad problemem głuchoty i szukać, co się dzieje wewnątrz ucha. Pod impulsem von Békésy’ego rodziły się nowe teorie, mniej lub bardziej kuszące — niektóre dobrze opracowane i eksperymentalnie podparte. Inne dalekie od zadowalających — i jeśli wierzyć temu psycho-fizjologowi, znajdujemy się w impasie co do wyjaśnienia wyników nowych technik.

IX. — Podjąć całą fizjologię słuchu na nowo: poza Helmholtzem i Békésym

Sam długo znajdowałem się w impasie, gdyż to, co uzyskiwałem pod Oreille Électronique, w niczym nie odpowiadało teoriom moich kolegów. Często mówiło się o cudach lub szarlatanerii — nie potrafiono dać logicznych, racjonalnych wyjaśnień. Często byłem zdumiony spektakularnymi reakcjami pacjentów, postępami dzieci i dorosłych po pewnych bodźcach słuchowych, wyleczeniami, których nic nie zdawało się uzasadniać. Czy miałem kontynuować bez wyjaśnienia? Na początku przygody zadowalałem się odnotowywaniem wyników i publikowałem od 1951 roku. Lecz pozostając sam w tej drodze nie wspartej żadną teorią fizjologiczną, w pewnym momencie zapytałem siebie, czy idę dobrą drogą. Zamknąłem nawet aparaty w szafie i wróciłem do tradycyjnych technik wspartych modnymi teoriami. Lecz wobec mizernych wyników w stosunku do tych pod aparatem, wobec niezgodności między dokonywanymi postępami a zaangażowanymi systemami fizjologicznymi, postanowiłem podjąć na nowo całe studium funkcjonowania ucha.

Sądziłem od dawna, że ludzkie słyszenie nie odpowiada w niczym dotąd przywoływanym mechanizmom — i pozostawałem niezadowolony z niespójnych wyjaśnień, jakie regularnie mi dawano. Dlatego podjąłem na nowo całe studium fizjologii słuchu. Nie twierdzę, że wszystko znalazłem. Przedstawiam dziś owoc moich refleksji — lecz zapraszam do ich kontynuowania. Nigdy nie będzie dość głów, by myśleć o uchu i jego pierwszorzędnej roli w humanizacji istoty.

Gigantem indukującym wszystkie badania w zakresie fizjologii słuchu jest Helmholtz. Myśliciel i fizyk poprzedniego wieku, mówił, że dźwięk przechodzi przez ucho przez błonę bębenkową, przekracza łańcuch kosteczek i kieruje się — nie bardzo wiadomo jak — ku uchu wewnętrznemu; przywoływał mechanizmy podobne do rezonatorów, których sam był promotorem. Od tego czasu, ze względu na renomę Helmholtza, wszyscy starali się dowieść tego, co zaproponował, sądząc, że powiedział całą prawdę. Istnieją jednak niezgodności mogące hamować badania.

Co do Békésy’ego — widać, jak jest skrępowany pewnymi zjawiskami, których nie potrafi wyjaśnić. W swojej książce Mechanisms of Hearing opowiada, jak elektronika pomogła badaniom przez systemy analogowe, lecz uściśla, że nigdy nie mógł ich w pełni zastosować do fizjologii słuchu.

Czy istnieje możliwość ekwiwalencji? Sądzę, że tak — biorąc pod uwagę, że ucho w swoim funkcjonowaniu nie odpowiada temu, co się o nim zwykle myśli. Dlatego dotąd nie udało się stworzyć prawdziwych systemów symulacyjnych. Gdyby ucho funkcjonowało zgodnie z obecnymi teoriami, liczne mechaniczne zjawiska pozostałyby niewyjaśnione. Przykład: dla dźwięku o dużym natężeniu (100 dB) amplituda drgań na poziomie błony bębenkowej jest rzędu wielkości molekuły wodoru — czyli nieskończenie mała. Aby dźwięk przeszedł, jak chciałby Helmholtz i myśli Békésy, łańcuchem kosteczek, musiałby on być pod takim napięciem, by nie było luzu między kosteczkami. To prawda dla pierwszych dwóch — młoteczka i kowadełka — lecz nie między kowadełkiem a strzemiączkiem, gdzie istnieje ogromny hiatus. W skali atomowej znaczny — rzędu milimetra.

Często rozmawiałem o tym z fizykami C.N.E.T., którego jestem członkiem, i z fizykami École Supérieure des Télécommunications, gdzie wykładam. Wszyscy zderzają się z niemożnością wyjaśnienia tego przejścia bez zniekształceń. Niektórzy anatomowie — w tym Fumagali, który studiował błonę bębenkową i więzadła kosteczek — odpowiedzieli, że ta odległość nie ma znaczenia, że niskie dźwięki przechodzą bez problemu, a wysokie prawdopodobnie przez same więzadła. Można sądzić, że przechodzi wszędzie; to kwestia wiary; lecz fizycznie chodzi o zjawisko niewytłumaczalne.

X. — Ucho nie jest stworzone do słyszenia

Inne niewytłumaczone zjawisko to przewodnictwo kostne. Czym jest? Nie bardzo wiadomo. Mierzy się je wibratorami mniej lub bardziej skalibrowanymi. Nie zapominajmy też, że audiometria tonalna używa czystych tonów, których w naturze nie ma. Poruszamy się w dziedzinie skrajnie złożonej i delikatnej — można tu przyjmować wszelkie hipotezy. Aby się uspokoić, twierdzi się, że ucho jest swoistym mikrofonem i że przy wysłaniu impulsu do ucha odnajduje się po drugiej stronie elektryczny impuls.

Lecz ucho wcale tak nie funkcjonuje. Ucho ma psychikę; integracja dokonuje się przez mózg, a badany słyszy tylko to, co chce słyszeć. Mówiliśmy o autyzmie — gdy autysta postanawia nie słyszeć, nie sposób kazać mu zareagować na żaden hałas, żadne natężenie. Nawet z armatą obok się nie ruszy. Problem ludzkiego słuchania należy zatem przemyśleć od nowa.

1. — Funkcja przedsionkowa: równowaga i pionowość

Jak działa ucho? Sądzę, że tkwimy w impasie, gdyż przypisujemy uchu zasadniczo funkcję słuchową. Otóż ucho nie jest stworzone do słyszenia. Trudno to zaakceptować. A jednak w pokrewnej dziedzinie — foniatrii — klasyczne jest stwierdzenie, że krtań nie jest stworzona do mówienia, że nie ma swoistego organu fonacji, że to wtórne przystosowanie. Rzeczywiście — krtań jest po to, by nie połykać do tchawicy, język by przełykać, szczęka by żuć, wargi by chwytać, płuca by oddychać; a jednak umiemy podporządkować ten zespół funkcji komunikacji — aż po gest mowy (mowa jest gestem samym w sobie). U ucha jest tak samo. To wtórne przystosowanie.

Chciałbym zatem, byście państwo stale mieli w myśli, że ucho nie jest stworzone do słyszenia. Ucho ma dwie inne funkcje, o których zapomnieliśmy, a które łatwo odnaleźć w filogenezie i ontogenezie. Te dwie funkcje zostały oddzielone, gdyż zawsze chciano widzieć dwie odrębne gałęzie nerwu słuchowego: jedną odpowiadającą funkcji przedsionkowej, drugą ślimakowej. Obie są pierwotne i pierwszorzędne.

Pierwszą funkcją ucha jest zapewnienie równowagi istocie. To oczywiste. Wszyscy o tym wiemy, lecz trudność tkwi w tym, że ten aparat równowagi uczyniono narzędziem pionowości. Kręgosłup nie jest stworzony, by stać prosto. Znamy kłopoty wynikające z dążenia do prostoty kręgosłupa. Serce jest niewystarczające, by zasilać mózg, gdy stoi się — wystarczy zaobserwować, ile dolegliwości znika w pozycji leżącej. Płuco nie jest zrobione do oddychania na stojąco. Spójrzcie, ile osób jest pochylonych, niezdolnych otworzyć klatkę piersiową na stojąco. Przewód pokarmowy też cierpi z powodu pionowości; to syfon napełniający się i opróżniający w pozycji poziomej. Cały bój życia (symbolicznie reprezentowany w Biblii bojem Jakuba) polega właśnie na prostowaniu kręgosłupa, z prawidłowym ustawieniem miednicy.

2. — Funkcja ślimakowa: doładowanie korowe

Funkcja przedsionkowa ucha ma znaczne znaczenie neurologiczne, gdyż nerw przedsionkowy znajduje się na wszystkich poziomach kręgosłupa. Dotyka wszystkich korzeni przednich rdzenia, mając misję kontroli całej osoby przez labirynt. Istnieje pewne połączenie między obiema gałęziami nerwu słuchowego — przedsionkową i ślimakową — czyli między równowagą-pionowością a percepcją-słuchaniem. U dzieci niemówiących łatwo zauważyć trudność w prostowaniu się. Często są pochyłe, ze zwisającymi ramionami. Otóż gdy stawia się je pod Oreille Électronique dla wzbudzenia języka, najpierw widzi się je prostujące się, przyjmujące pionową postawę. Coś się dzieje.

Gdy modyfikuje się słuch i fonację przez Oreille Électronique, modyfikuje się zarazem całą motorykę i postawę. W zjawisku audio-głosowym całe ciało jest zaangażowane. Istnieje natychmiastowa korelacja między emitowanym dźwiękiem a obrazem ciała w całości.

Druga gałąź nerwu słuchowego — ślimakowa. Nerw ślimakowy jest stworzony do słyszenia — tak nas uczono. Nie sądzę. Pierwotnie służy doładowaniu mózgu w potencjał elektryczny. Hipoteza ta, postawiona piętnaście lat temu, opierała się na obserwacji modyfikacji EEG przy bodźcach słuchowych. Fakt, że wszyscy euforyzują się przy słuchaniu wysokich częstotliwości, sugerował dynamizujący efekt snopa wysokich. Nerw ślimakowy zapewnia znaczną część korowego doładowania dzięki bodźcom z narządu Cortiego — w jego najbogatszej w komórki rzęskowate części. Komórki Cortiego nie są równomiernie rozłożone: rzadkie w strefie niskich, stają się bardzo liczne w strefie wysokich. Dlatego dźwięki niskie pobudzają ciało bez doładowania, podczas gdy wysokie dynamizują je, dając zarazem energię.

Tonifikacja głosu przez kontrreakcję audio-głosową naprowadziła mnie na zjawisko samowyzwalania — człowiek doładowuje się własnym głosem, gdy ten jest bogaty w harmoniczne. Bardzo zauważalne u śpiewaków — tenorzy i barytony (wysoki rejestr) wykazują kolosalną energię, podczas gdy basy bywają depresyjne.

3. — Mięśnie ucha środkowego, adaptery impedancji

Sam wykonywałem EEG: wkładałem wodę do uszu, korki, i w ciągu dwóch godzin badałem encefalograficznie. Diagram był spłaszczony — znacząc nieistnienie korowego ładowania. Doświadczenie łatwe w laboratorium. Nie posunąłem się do stadium Stanleya Jonesa, który niedawno zanurzał badanych w wodzie tej samej temperatury co ciało, w stanie agrawitacji, z rurkami do oddychania, z zasłoniętymi oczami — i obserwował. On też stwierdził spłaszczenie EEG, lecz niedogodność polegała na tym, że uczestnicy (członkowie jego laboratorium) wszyscy skończyli jako schizofrenicy w szpitalu psychiatrycznym, przez ustanie ładowania mózgowego. Stanley Jones nie zdołał ich uratować. Sądzę, że szkoda, iż nie znał naszych technik korowego doładowania.

Stanley Jones precyzuje, że dla funkcjonowania mózgu konieczne jest 3 miliardy informacji na sekundę, cztery i pół godziny dziennie. Mówiłem wczoraj, że odbiera się dużo energii istocie, eliminując ucho. Dodam, że tak samo eliminując skórę. Doświadczenia wykazały, że gdy eliminuje się słuch, dochodzi się do usunięcia 60–90% korowej stymulacji. Dowodzi to, że ucho nie jest tylko aparatem słuchania — jest też organem korowego doładowania. Dlatego można dynamizować istotę dźwiękami.

Co to za dźwięki? Długo zastanawiałem się, czy są dźwięki ładujące i rozładowujące. Teraz jestem pewien, że istnieją. Dlaczego? Niektóre dźwięki ładują korę, inne rozładowują witalność istoty. Mamy psychikę, która stara się odwrócić prawdziwe ludzkie funkcje. Mówiłem rano, że nieszczęściem człowieka jest jego inteligencja. Zanim zdąży eksploatować swoją cielesną maszynę, zaczyna budować język w celach komunikacji. Używa do tego ucha i często blokuje funkcję słuchową w odmowie komunikacji — co pozbawia istotę możliwości doładowania mózgu.

Pojęcia fizjologii i embriologii: ucho ma trzy kosteczki i dwa małe mięśnie, o których rzadko mówi się. Te mięśnie nie zostały tam umieszczone bez powodu. To mięśnie akomodacji, dzięki którym człowiek może wejść w komunikację ze światem. Pozwalają uchu nie być, jak się zwykle sądzi, przekaźnikiem dźwięków łańcuchem kosteczek, lecz adapterem impedancji.

XI. — Filogeneza ucha: od linii bocznej ryby po ucho ludzkie

Chciałbym pokrótce opowiedzieć o uchu płodowym. Wiadomo dziś, że płód słyszy in utero. Od czwartego i pół miesiąca ciąży informacje przechodzą — lecz ucho jest gotowe znacznie wcześniej. Sytuuje się na najbardziej archaicznym poziomie istoty, na poziomie opuszki mózgu; ucho opuszkowe jest najbardziej archaicznym aparatem, jaki mamy do dyspozycji; następnie tworzy się węch, potem wzrok, a wreszcie — na korze lub neokorze — pojawia się ponownie słyszenie. Innymi słowy: nerw słuchowy ma tę cechę, że jest najbardziej archaiczny, lecz zarazem najnowszy z naszych aparatów zmysłowych. Istnieją zatem dwa biegunowości godne podkreślenia.

Filogenetycznie pamiętajcie, że u ryb niższych z każdej strony boków istnieje „linia boczna" — będąca po prostu rurą. Mieści się tam, gdzie łuski zdają się łączyć. Wtryskując płyn do tej rury z przodu w tył, stwierdza się bicie płetw w określonym kierunku, z prędkością mniej lub bardziej dużą. Jeśli wtryskuje się płyn z tyłu w przód, zachodzi to samo zjawisko, lecz w przeciwnym kierunku. Cybernetycy współcześni dowiedli, że ta linia boczna była aparatem stymulacji służącym ładowaniu korowego embrionu tej ryby — przez hiper-pobudzenie komórek wewnątrz tej bocznej rury.

U ryby wyższej aparat ten znika, by przekształcić się w głowowej części zwierzęcia w nowy aparat zwany „otolitem". Jest to mały pęcherzyk z komórkami rzęskowatymi, w którym tkwi mały kamyczek. Dzięki ruchom zwierzęcia i sile grawitacji aparat ten ładuje korę i przez to napędza płetwy. Im więcej ruchu, tym więcej korowego ładunku. Chodzi o uruchomienie systemu kontrreakcji bardzo istotnego dla skuteczności życia.

Aparat ten ostatecznie da ucho. Lecz nie od razu osiągniemy ucho ludzkie. Wiele etapów do przebycia. Zwierzęta prehistoryczne — w szczególności dinozaury — miały ucho zrośnięte z kręgosłupem. Wielkie ssaki tej ery używały całego kręgosłupa jako zmysłowego aparatu słuchania i ładowania.

U innych gatunków, jak gady, ucho ewoluowało. By móc słyszeć, wychodząc z wody, gad (jak płód wychodzący z łona) musiał stawić czoła procesom przystosowania. Słynny pęcherzyk, który stanie się uchem, w innych gatunkach skorzysta ze zrostu z łopatką. W bardziej zaawansowanym stadium ewolucyjnym (węże, niektóre ptaki) zrasta się z kością gnykową; u innych — z kością czaszki.

Wszystkie te systemy mają niedogodność: gdy człowiek doszedł do stadium pozwalającego stale słyszeć, zwierzę ma „fadingi". Ptak na przykład, którego układ kosteczek jest zrośnięty w jedną kość — kolumellę — nie słyszy nic, gdy zaczyna śpiewać; myśliwi dobrze o tym wiedzą — z ptaków na gałęzi strzelają najpierw do tych niesśpiewających, a potem do śpiewających, które niczego nie usłyszały. Przeżuwacz w trakcie przeżuwania też nie słyszy zewnętrzności. Zjawisko adaptacyjne instaluje się i postępuje, w miarę jak wstępuje się w linii zwierzęcej.

Ssaki osiągnęły wyższe przystosowanie, zbliżające się do naszego. Małpy mają znacznie bardziej wypracowany zespół fonacyjny — ich aparat działa lepiej niż nasz; mają też słuchanie mogące funkcjonować równie dobrze jak nasze… gdyby miały myśl. Oto wielka różnica, na której nie chcę dziś się zatrzymywać. Powiem tylko, że nie tyle anatomicznie, ile w funkcji i impulsie korowym wyznaczającym tę funkcję, sytuuje się to studium. Co istotne: u człowieka żaden organ nie wydaje się przeznaczony do działania w fonacji ani słuchaniu.

XII. — Relacja matka-dziecko i głos macierzyński

Po tej dygresji filogenetycznej chciałbym wrócić do problemu ucha jako środka komunikacji lub niekomunikacji z drugim, poprzez przeżycie pierwszej, pierwotnej relacji — z matką. To pragnienie komunikacji rodzi się in utero. Relacja instaluje się tysiącem sposobów: przez kontakt z błonami macicznymi, przez płyn owodniowy, a przede wszystkim przez pępowinę — ogromną „rurę przesyłową" przynoszącą dziecku pokarm wstępnie strawiony, tlen, hormony itd. Co ciekawe — od początku płód odpowiada na ten stały dar, odsyłając odpadki. Dialog instaluje się w trybie kontynuowanym po narodzinach.

Ta relacja dziecko-matka jest bardzo ważna — gdyż to, by ją odnaleźć, ucho podejmie tysiąc wysiłków przystosowania po narodzinach. W chwili gwałtownego (i często bolesnego) wypędzenia z bezpiecznej skorupy macicy, gdy dziecko czuje się zagubione przed ogromnym i groźnym uniwersum, próbuje odnaleźć matkę wszelkimi środkami — w szczególności nadstawiając ucha do macierzyńskiego głosu.

Pamiętajcie znak relacjonowany przez Thomasa. André Thomas, wielki lekarz, uczeń Déjerine’a (sam ucznia Broki), miałem szczęście go znać, gdyż dożył sędziwego wieku. Thomas pokazywał nam zawsze, badając niemowlę, jak toniczne jest ono przez kilka dni po narodzinach i jak następnie popada w całkowitą bierność. Nie dziwiło nas to specjalnie — co dowodziło naszej ignorancji. Inna jego uwaga, równie interesująca, to to, co później nazwano „znakiem imienia". Bierze się niemowlę 4–5-dniowe, sadza (samo prawie chce wstać); siedzi bardzo dobrze, manifestując dużą tonusowość. Jeśli ktoś wymówi jego imię, dziecko nie reaguje. Lecz jeśli matka woła go po imieniu, niemowlę zawsze pada na stronę głosu matki. Ten eksperyment realizuje się tylko do 10. dnia życia. Potem wszystko gaśnie. Dlaczego?

Wychodząc z zasady, że ucho jest elementem wyznaczającym dynamikę człowieka, wydaje się niezbędne badać różne stadia, jakie ucho przechodzi od życia wewnątrzmacicznego do dorosłości. W okresie płodowym ucho jest całkowicie zanurzone w płynie; jest to w istocie aparat do słyszenia w środowisku płynnym. Trzy piętra — zewnętrzne, środkowe, wewnętrzne — zanurzone w płynie owodniowym. Transmisja dźwięku zachodzi całkowicie przez warstwy wody. Od narodzin, od wejścia w środowisko powietrzne, ucho musi się dostosować do nowego akustycznego otoczenia.

Ucho jest zatem pełne płynu w życiu płodowym. Przy narodzinach częściowo się go pozbywa. Tylko zewnętrzne piętro wypełnia się powietrzem. Często się o tym zapomina. Ucho środkowe pozostaje pełne płynu owodniowego przez pierwsze dziesięć dni życia. Stąd tylu otologów, widząc lekko wybrzuszoną błonę bębenkową, sądzi, że to zapalenie. Nie — to płyn owodniowy. Nie należy tego ruszać — relacja dźwiękowa musi móc trwać przez kilka dni po narodzinach w trybie wciąż płynnym, przypominającym niemowlęciu jego doświadczenie maciczne. Zerwanie, separacja będą mniej brutalne. Potem, 10. dnia, ucho środkowe się opróżnia i pojawia się wielka czarna dziura. Dziecko już nie słyszy; traci tonus, gdyż dźwiękowa płynna komunikacja, bogata w wysokie częstotliwości, znika. Trzeba potem tygodni i miesięcy, by niemowlę dostosowało ucho do impedancji powietrza.

Warto podkreślić, że w języku istotne jest nie tylko semantyczne. Cała empatia przechodzi między dwiema istotami, zwłaszcza w relacji matka-dziecko. Dziecko słyszy, co jego matka myśli — nie wolno o tym zapominać. Płód jest już uwrażliwiony na głos matki, ten, który słyszał, smakował podczas swojego życia płodowego. Jeśli matka kocha swoje dziecko, jeśli pragnie dać mu życie, uczynić go istotą ludzką, będzie z konieczności komunikacja, a później język. W przeciwnym wypadku — zaburzenie relacji. Przypomnijcie sobie eksperyment nazistów w trakcie ostatniej wojny: pragnąc produkować nadludzi, wstrzyknęli spermę najpiękniejszych SS w najpiękniejsze dziewczęta. Wynik był katastrofalny — wśród niemowląt 60% było głuchoniemych. Nie sądzę, że dzieci te były rzeczywiście głuche; po prostu były głuche na komunikację — gdyż prawo miłości nie mogło zostać ustanowione w ciąży.

Istnieje zatem relacja matka-dziecko, ustanawiająca się od pierwszych chwil poczęcia. Gdy dziecko rodzi się do świata ludzi, opuściwszy maciczny raj, niemowlę musi móc natychmiast odnaleźć matkę, by separacja nie była dramatycznie przeżywana. Musi móc jej dotknąć, dotknąć piersi, słyszeć jej głos i pić go — jak dotykał, słyszał i pił podczas życia płodowego.

XIII. — Bariery dźwięku: V, VII i X para czaszkowa

Możemy teraz podjąć nową — trzecią — funkcję ucha, właściwą ludzkiemu słuchaniu. Tu czynnik psychologiczny będzie interweniować decydująco — i w zależności od tego, czy pierwsza relacja została zaakceptowana czy odrzucona, ucho otworzy się lub zamknie na komunikację.

Pozwólcie przypomnieć, że zanim dotrze do nerwu słuchowego, dźwięk musi przebyć wiele barier — barier dziwnie podobnych do tych ze świata ezoterycznego.

Gdy dźwięk dochodzi do osoby, chodzi o to, czy ona pragnie go usłyszeć, czy go przyjąć czy odrzucić, czy chce przygotować ciało do jego przyjęcia. Istnieje tu „predyspozycja" do słuchania, postawa relacji lub nie-relacji, jaką zdolny przyjąć jest tylko człowiek.

Unerwienie twarzy realizuje się w uchu, w okolicy przewodu, dwiema gałęziami nerwowymi:

  • 1° tylna część skierowana ku małżowinie, przez nerw twarzowy (VII para czaszkowa), unerwiający wszystkie mięśnie twarzy poza dźwigaczem powieki;
  • 2° przednia część kierowana V parą, unerwiającą zarazem muskulaturę szczęki w ruchu otwierania i zamykania ust.

W przewodzie słuchowym ten sam podział: tylna część zależy od panowania VII pary, przednia od V pary. Następnie błona bębenkowa — bardzo interesujące miejsce. Z tyłu unerwienie odpowiada nerwowi twarzowemu, lecz przede wszystkim wprowadza inny, bardzo ważny nerw — X parę, czyli nerw błędny (pneumogastryczny).

Proszę kolegów wykonujących ten sam zawód, by zapamiętali to złotymi literami — gdyż to jeden z istotnych kluczy całości. A analitykom szukającym rozwiązań w kierunku wyzwolenia istoty radzę pamiętać, że błona bębenkowa jest unerwiona przez nerw błędny — i tym samym wszystko, co dotyka błony bębenkowej (w szczególności słowo) ma interferencje na cały układ przywspółczulny.

Na poziomie błony bębenkowej nerw błędny ma jedyne wyjście skórne. Unerwia również niektóre mięśnie szyi dzięki współpracy z nerwem dodatkowym (XI parą) — wszystkim posługującym się naszymi technikami wiadomo, że dziecko nieoddające wysokich tonów jest zawsze pochylone. Wystarczy dać mu posłuchać wysokich pod Oreille Électronique, by natychmiast się wyprostowało.

Nerw błędny steruje również gardłem — miejscem spotkania części lęku (słowa „angina" i „angor" łatwo się zbliżają). Można też zauważyć przy stosowaniu naszych technik u dziecka niechcącego wejść w język, że często somatyzuje na gardle, robiąc anginę. To normalna reakcja.

X para kontroluje również krtań w funkcji motorycznej i czuciowej. Dlatego może nam „odciąć" mowę lub ją dać, przekazywać wrażenie kuli wstępującej i opadającej. Część motoryczna krtani podlega gałęzi nerwu błędnego zwanej „wstecznym". Wykazuje swoistość: znaczną różnicę między prawym i lewym wstecznym. Lewy przebiega pod tętnicą podobojczykową i atakuje krtań, przechodząc pod aortą — czyli trasą o 40–50 cm dłuższą. To wprowadza opóźnienie. Asymetria ta odgrywa istotną rolę w lateralizacji.

Nerw błędny unerwia również serce na poziomie tętnic wieńcowych. To on wywołuje palpitacje, kłopoty sercowe aż po zawał (angina pectoris). Na poziomie płucnym unerwia oskrzela, wywołując astmę — prawdziwe „topienie się", przypominające oddychanie wodne płodu.

X para stanowi zatem istotny zespół neuronowy sterujący licznymi rejonami ciała. Trzy hipotezy co do prawej i lewej gałęzi:

  • 1° prawy nerw idzie równolegle z lewym;
  • 2° wpadają w siebie na poziomie splotu słonecznego;
  • 3° prawy wpada w lewy, który staje się dominujący od pewnego punktu — to ostatnia hipoteza neurologa Delmasa.

Kończy się w pęcherzyku żółciowym, unerwiając śledzionę, trzustkę, oba nerki, jelito w całości, odbytnicę i — przez anastomozę — narządy płciowe.

Nerw błędny unerwia zatem całą wewnętrzną istotę. „Trapić się" to w istocie źle grać swoim nerwem błędnym. Stać się panem dźwięku przez napięcie błony bębenkowej to stać się panem tego nerwu, który Starożytni słusznie nazwali Błędnym (Vague), na pamiątkę „błądzenia duszy", jakie tak łatwo wzbudza.

Stajemy zatem wobec złożonego zespołu, który wzdłuż drogi dźwięku wprowadzi V, VII i X parę, a wreszcie — gdy brama otworzy się — VIII parę, czyli nerw słuchowy. Aby brama się otworzyła, potrzebne są dopełniające napięcia, w szczególności na poziomie błony bębenkowej. Jeśli błona bębenkowa jest mało napięta — to znaczy bardzo ruchoma — wyrazi się tylko lęk.

Co więc robimy z Oreille Électronique, by w tak krótkim czasie lęk opadał, pojawiała się euforia, pragnienie komunikacji manifestowało się tak intensywnie? Sądzę, że po prostu pozwalamy błonie bębenkowej napiąć się tak, by w danej chwili wibrowała minimalnie — i tym samym stała się prawdziwym aparatem przekazującym dźwięki.

XIV. — Nowa teoria fizjologii słuchu: sulcus tympani

Ale stąd jak dźwięk przechodzi do ucha wewnętrznego? Czy używa łańcucha kosteczek? Nie sądzę. Tu precyzuje się nowa teoria fizjologii słuchu, wprowadzająca zupełnie inne trasy. To teoria psycho-fizjologiczna — gdyż ucho ludzkie jako jedyne potrafi, dzięki wyjątkowemu przystosowaniu, słyszeć tylko to, co chce.

Dla rzeczy, których chcemy słuchać, napinamy ucho. Otóż napinanie ucha to — w momencie skupienia słuchania — zbieranie dźwięku przenikającego nas zewsząd, przez skórę, szkielet itd., i przekazywanie do labiryntu kostnego; tam dystrybucja realizuje się przez psychikę. Człowiek nie jest żabą cofającą łapę, gdy się ją pobudzi. W dziedzinie słuchania tak samo — nikt nie może mnie zmusić do słyszenia. Trzeba przemyśleć psycho-fizjologię ucha: aparaty zmysłowe człowieka nie są jak u zwierząt — są antenami projekowanymi przez człowieka, by słyszeć lub słuchać. Istnieje zawsze przewidująca intencjonalność.

Zastanawiamy się więc, którędy dźwięk przechodzi. Współczesna chirurgia głuchoty pokazuje, że dźwięk nie przechodzi przez łańcuch kosteczek. Dowodem jest to, że gdy wykonuje się trepanację zewnętrznej części przewodu półkolistego zewnętrznego (jak sugerował Lempert) — czyli otwór niemający nic wspólnego z oknami okrągłym i owalnym — badany nagle zaczyna słyszeć, co jest absolutnie absurdalne wobec obecnie przyjętej fizjologii. Ponadto teoria mechaniki hydraulicznej Békésy’ego nie wyjaśnia wyników chirurgów głuchoty.

Co dowodzi, że dźwięk przechodzi gdzie indziej. Lecz którędy? By odpowiedzieć, należy podjąć studium błony bębenkowej. Może ona umięśniać się i traci mięśnie. U niektórych — jak u osób z otosklerozą — można dostrzec strzemiączko przez błonę bębenkową, jakby było coś przezroczystego. U mających dobrze napięte i umięśnione ucho nic nie widać. Pojawia się piękny stożek świetlny — świadectwo doskonałej tonusowości.

Błona bębenkowa wchodzi w gruby rowek zwany „sulcus tympani", pozwalający błonie zaczepić się mocno o ścianę kostną dzięki bardzo wytrzymałym włóknom. Gra polega na tym, by błona była dostatecznie napięta, by impedancja (czyli minimalny opór dla przekazu) była tą kości leżącej pod nią. W tym momencie istnieje napięcie takie, że obwodowa kość sulcus (przepuszczająca dźwięk preferencyjnie na 2000 Hz) staje się przekaźnikiem dźwięku ku piramidzie skalistej, w której znajduje się labiryntowy pęcherzyk. Ten zbudowany jest z bardzo gęstej kości, zawieszony w piramidzie skalistej z lekkich beleczek — jakby wszystko zostało zaprojektowane tak, by nie było żadnej innej transmisji niż przez zewnętrzną część labiryntu kostnego.

Innymi słowy: wszelka informacja dźwiękowa, którą odbieramy, jest natychmiast przekazywana przewodnictwem kostnym do labiryntowego pęcherzyka. Mówiąc „przewodnictwo kostne", rozumiem „przewodnictwo całym szkieletem ucha" — a nie łańcuchem kosteczek. Łańcuch ten nie służy moim zdaniem do przekazu dźwięku, lecz do regulacji ciśnień płynu w ślimaku. Pełni rolę regulatora ciśnień, adaptera impedancji — wkracza dopiero pod koniec drogi, by dać ostatni „klucz" wyznaczający świadome odbieranie dźwięku.

XV. — Audiogiria swoiście ludzka

Bardziej dogłębne studium tej nowej teorii zostanie opublikowane w książce o „słuchaniu ludzkim". Tymczasem hipotezy te mają zasługę wyjaśnienia w znacznej mierze wyników uzyskiwanych pod Oreille Électronique. Nie napotykają żadnego ważkiego sprzeciwu fizjologicznego.

Chciałbym powiedzieć kilka słów o audiogirii, do której nawiązano w „Edukacji i dysleksji". Ta swoiście ludzka audiogiria ujawnia użytek, jaki człowiek zrobił z ucha do komunikacji z otoczeniem przy pomocy języka.

By to lepiej zrozumieć, należy zbadać, co dzieje się u zwierząt. Im bardziej zwierzę zaawansowane, tym bardziej kieruje się ku zjawiskom akomodacji. U ptaka widzenie monoocularne, stopniowo dochodzi się u ssaka do dwujednostkowego użytku. U małpy dwuoczne wykorzystanie zachodzi tak, że pod sterowaniem II pary (nerwu wzrokowego) jest zbieżność i powiązanie ruchów oczu i głowy — III, IV, VI i XI para podporządkowane II parze. Małpa może obracać oczy gdziekolwiek i obracać głowę. To stadium maksymalne dla dzieci, które nie zostały objęte funkcją mowy. Ale gdy rzeczy zostają nazwane, gdy pojawia się słowna pamięć, gdy pojawia się pragnienie komunikacji — następuje podporządkowanie tego całego zespołu funkcji labiryntowej. II para wydaje się więc oddawać całkowicie pod władzę VIII pary.

XVI. — Język dziecka: ku ciszy

Krótko mówiąc, jeśli obserwuje się postęp od zwierzęcia do człowieka, stwierdza się, że szczyt organizacji zwierzęcej to opto-okulo-cefalogiria, podczas gdy u człowieka — audio-opto-okulo-cefalogiria, czyli krótko „audiogiria" — podporządkowanie słuchaniu. Wydaje się zatem, że jesteśmy zasadniczo wskazywani pragnieniem komunikacji i mowy. Lecz jeśli to pragnienie nie istnieje, humanizacja staje się niemożliwa.

Sądzę, że nadszedł czas się rozejść. Chciałbym jednak powiedzieć słowo o tym, co przywoływaliśmy rano w sprawie Edypa i języka. Mówiliśmy pokrótce o tym przejściu od struktury do struktury; sądzę, że psycholingwistyka — w późniejszym podejściu — będzie musiała zbadać psycho-fizjologicznie różne stadia języka. Pierwsze są łatwe: gaworzenie, bełkot. Lecz gdy podejmuje się prawdziwy język, zaczyna się trudność — bo tymi samymi słowami można wyrazić różne rzeczy.

Gdy dziecko mówi proste słowo, wyraża niezwykle gęstą składnię w sposób skondensowany. Językoznawcy zawsze popełniają fundamentalny błąd, nie chcąc traktować tego jako języka — a chodzi o cały dyskurs do rozszyfrowania. Gdy dziecko mówi „pipi", znaczy „przyprowadź mi nocnik natychmiast. Bez tego będzie katastrofa". Przypomina mi się rozkoszne dziecięce słowo: „Ależ mamo, to nie katastrofa, to pipistrofa". Wszystko to dziecko chce wyrazić w jednym słowie — frazowanie, interpunkcję, ton. Tak samo gdy woła „mamo", może to oznaczać tysiąc rzeczy.

To językowe teleskopowanie zachodzi na początku życia dziecka, gdy zaczyna stać. I to gdy zaczyna stawiać pierwsze kroki, gdy zaczyna poruszać się w przestrzeni, zdanie się wprowadza i pojawia się słowo. Jego „ja" jest wówczas zaangażowane stale. W rzeczywistości to jego „ja" — przedmiot — jest zaangażowane, gdyż tylko ono się liczy. Jego uniwersum jest czysto egocentryczne. Następnie stopniowo zdaje sobie sprawę, że istnieje drugi — i następuje swoiste zdecentralizowanie ego. Tworzy inne przedmioty niż siebie; cała reszta staje się rodzajem dopełnienia; gramatyka się strukturyzuje.

Lecz gramatyka jest zasadniczo neuronowa. Trudnością dla językoznawcy będzie zatem rozważyć różne etapy języka i wiedzieć, że tymi samymi słowami układ nerwowy 12-latka nie powie tego samego co 30-latek — który z kolei nie zechce znaczyć tego samego co 50-latek. Psychoanaliza daje nam struktury znaczenia każdego z terminów. A ostateczny język będzie tym, który pozwoli mówić bez żadnej psychoanalitycznej projekcji. Sądzę, że ten język będzie wówczas bardzo bliski ciszy — tej ciszy, którą teraz spróbuję uczynić.


Dokument źródłowy

Niniejszy artykuł odtwarza całość (lub niemal) wykładu wygłoszonego przez profesora Alfreda A. Tomatisa podczas 2. Międzynarodowego Kongresu Audio-Psycho-Fonologii w Paryżu w 1972 roku (dziewiętnaście stron). Oryginalny PDF cyfrowy jest dostępny do pobrania:

📄 Pobierz oryginalny PDF („Nowe teorie fizjologii słuchu", Tomatis, 2. Międzynarodowy Kongres APP, Paryż 1972 — 19 stron)