Wprowadzenie

Przedsięwzięcie badania klinicznego mowy jest traktowaniem jej jako istniejącego bytu, klinicznie obserwowalnego. Nie jest dziś w zwyczaju włączać jej do bilansu, jaki lekarz nawykł przeprowadzać. Wydaje się nam jednak słuszne podkreślić, że jeśli mowa była niegdyś przedmiotem studiów prowadzonych głównie przez lingwistów i fonologów, od kilku dziesięcioleci odzyskała niezaprzeczalny medyczny rozmach.

Olbrzymi impuls dany przez Broca zaledwie sto lat temu, przebudzenie psychologii, monolog psychoanalityczny — wszystko wydaje się przypominać klinicyście, że i mowa miała coś do powiedzenia. Zapewne nie dotarliśmy jeszcze do zrozumienia, z jak przenikliwą intuicją Avicenna zdołał umieścić w trzyczęściowej sekwencji hierarchicznie rozwiniętej słowo na pierwszym miejscu, zioło na drugim, a nóż na ostatnim. Mamy jednak prawo zauważyć tu pierwszorzędne miejsce nadane słowu, którego siła terapeutyczna nie może umknąć praktykowi znającemu jego skuteczną wartość.

Mowa powinna odtąd umożliwiać klinicyście, dostarczając mu licznych i cennych wskazówek, wyciąganie wniosków co do tego, jaki użytek robi z dawanych mu możliwości badany.

Mowa

Zobaczmy teraz, czym może być mowa. Z reguły uważa się ją za narzędzie komunikacji.

My, dla naszych celów, woleliśmy traktować ją jako ekspresję, jako przedłużenie gestu, którego celem jest informowanie. Jest niczym sekrecja sącząca się z naszego ciała. Toteż ta sekrecja ma cechy analizowalne — i, co więcej, w całości mierzalne. Dzięki współczesnym technikom poszczególne elementy łańcucha językowego można z łatwością zbierać i identyfikować.

Istnieją dwa sposoby upewnienia się co do prawdziwej wartości bytu, do którego chce się dotrzeć w jego rozmaitych składnikach: jeden polega na opieraniu się na danych, jakich dostarcza nam patologia, drugi pozwala inwentaryzować elementy mogące obejść normalność. W rzeczywistości wydaje się nam bardzo trudne, a wręcz niemożliwe, opracowanie od razu jakiegoś podejścia do struktury językowej — normalnej czy patologicznej (z klinicznego punktu widzenia) — bez odwołania się zarazem do tych dwóch źródeł informacji. Każde bowiem zanurzenie w jedną i drugą dziedzinę przynosi materiał użyteczny dla każdej z nich.

Mowa jest więc tym, co wychodzi z jednostki, kiedy ta zaczyna się wyrażać, uzewnętrzniać, komunikować, informować. To oczywiście zakłada, że ma coś do powiedzenia, że umie się wyrazić, że chce się uzewnętrznić, że pragnie komunikować, że godzi się informować. Ileż warunków zrodzonych przez taką decyzję!

Gdy emitowana mowa wydaje nam swój materiał, możemy — jeśli uznamy to za stosowne — badać jej wartość wewnętrzną, to znaczy rozwój dyskursu, i wykrywać w nim luki logicznej struktury. Chodzi wtedy znacznie bardziej o analizę przebiegu wyłożonej myśli niż o odkrywanie samego materiału językowego. To podejście do mowy z doświadczeniem psychiatrycznym — w celu dostrzeżenia niespójności rozumowania.

Mowa, którą chcielibyśmy badać — biorąc oczywiście pod uwagę ten parametr — powinna dostarczać nam wielu innych elementów, na ogół zbyt zaniedbanych. Główne z nich tworzą siatkę badawczą zmierzającą do określenia natężenia, jakości, rytmu — tylu cech wyznaczających potok słowny. Jeszcze poziom wyżej dobrze będzie zbadać sposób posługiwania się tym wyjątkowym nabytkiem.

By móc lepiej orzekać o normalnych mechanizmach mowy, sądzimy, że pożyteczne jest odwołanie się do przypadku odpowiadającego najbardziej korzystnym warunkom: mowy dobrze ustrukturyzowanej, emitowanej przez podmiot panujący nad swoją elokucją i zdolny posługiwać się nią do wyzwalania i werbalizowania swojej myśli — wedle pragnienia, więc do woli. Podmiot ten posiada mowę prawą, dźwięczną, modulowaną, bogatą w elementy pozajęzykowe i redundantne.

Co rozumie się przez głos prawy, dźwięczny, modulowany? Głos prawy to ten emitowany przez podmiot zlateralizowany prawostronnie — i to szczególnie dobrze zlateralizowany. Aby być dobrym mówcą, trzeba bowiem spełniać ten warunek. Trzeba też, by z tą cechą wiązała się możliwość słyszenia w określony sposób, a tym bardziej autosłuchania siebie w sposób dobrze określony.

Zanim posuniemy się dalej w naszych opisach, wydaje się nam konieczne otworzyć tu szerszy nawias eksperymentalny, by nie postawić niewtajemniczonego wobec licznych twierdzeń, które mogłyby go zniechęcić. Doprecyzujmy więc przede wszystkim, że przy emisji głosowej w celu informowania emitujący — w tej okoliczności mówiący — okazuje się pilotem swojej mowy (1); tym samym wszystkie problemy pilotażu zostają na niego nałożone. Staje się pierwszym słuchaczem tego, co ma do powiedzenia — słuchaczem uważnym i korygującym wszystkie parametry uczestniczące w językowej emisji.

Dzięki autosłuchaniu własnej mowy mówiący realizuje, nieświadomie, jeden z najbardziej pomysłowych zestawów, jakie ujawniła cybernetyka. Pamięta się, że ta nauka o kontroli zaznacza, iż wszelki akt kierowany, sterowany czy zdalnie sterowany wymaga, by w jego obwód został wprowadzony element zwrotny, działający w powrocie, by zapewnić relację między tym, czym może być akt zrealizowany, a intencją, która go zmotywowała. Ten kontrolujący powrót wymaga elementu zwanego odbiornikiem, którego zdolność uchwycenia, połączona ze zdolnością analizy, oddziałuje na proces intencjonalny. Ten ostatni nazywany jest zwyczajowo „wejściem"; akt dokonany stanowi „wyjście". Nie zagłębiając się w rozważania techniczne, a nawet filozoficzne, które takie zestawy zawsze wzbudzają, możemy w niniejszym przypadku przyjąć, że wyjściem jest sama mowa, a wejściem — decyzja, by rozlać myśl lub zwerbalizować rzecz do powiedzenia; ucho jest odbiornikiem kontrolnym, który zdaje świadomości sprawę z różnych parametrów właściwych aktowi mowy.

Co więcej, okazuje się, że dwa uszy nie pełnią tej samej funkcji. Jedno zapewnia bowiem drogę powrotu krótszą i przez to samo szybszą, a więc skuteczniejszą. Prawe ucho ma przywilej bycia owym kierującym uchem (oreille directrice) (2), które utrzymuje mowę pod swoją batutą. Przyczyny wyznaczające tę preferencję są dziś trudne do uściślenia — choć skłonni jesteśmy uwzględniać tu grę dwóch nerwów błędnych, tak zaangażowanych w mowę i tak asymetrycznych w swoim rozkładzie, począwszy od wyłonienia się nerwów krtaniowych wstecznych, o których pamiętamy, że mają różne przebiegi.

Nie chcąc dalej epilogować nad wartością dwojga uszu, których wybór tak osobliwie różnicuje co do kontroli fonacji, i pozostawiając nasze wyjaśnienia na poziomie hipotezy roboczej, musimy zważyć sam fakt. Jest on tam i narzuca się samym swoim istnieniem. Prawe ucho użyte jako odbiornik umożliwia wypracowanie kontrreakcji audiowokalnych o wysoce swoistej skuteczności, których w żaden sposób nie da się napotkać po stronie przeciwnej — to znaczy w lewym uchu.

Co więcej, uruchomienie tej struktury kontroli językowej szybko prowadzi do jednolitej lateralizacji prawostronnej. Umiemy dziś mierzyć stopień lateralności słuchowej, oceniając w decybelach dominację słuchu przy „celowaniu" dźwięków — tak samo jak można to robić w wzroku. W tym ostatnim przypadku, gdy cel staje przed nami i mamy uczynić z niego punkt odniesienia, jedno oko eliminuje się, pozostawiając całą kontrolę drugiemu. To drugie pełni wówczas rolę oka prowadzącego — to znaczy oka-odbiornika zapewniającego kontrolę naszej pozycji wobec celu, który tymczasem pozostaje stały, niezmienny przy naszym ustawieniu się. To, co celujemy, to my sami w odniesieniu do przedmiotu do osiągnięcia. Dowodem jest, że gdyby celem było lustro, spotkalibyśmy w nim własne oko. Ucho czyni podobnie; pozycjonuje nas wobec mowy, pozwala spotkać siebie przy własnym dyskursie, który w swojej istotnej formie nie może być niczym innym jak odbiciem, lustrem tego, co rościmy sobie osiągnąć.

Jak można pomyśleć ten szczególny wybór jednej ze stron i jak przyjąć takie różnicowanie? Z powodów, o których z braku miejsca nie możemy tu mówić, doszliśmy kilka lat temu do przekonania, że mowa rodzi się in utero, jakby pragnienie komunikacji było już przekazane zarodkowi (3); wszystko pozwala nam dziś sądzić, że w macicy ustanawia się prawo miłości matka–płód, którego odwzajemnienie płód–matka będzie później warunkować znaczną część naszych analitycznych fiksacji. Nie rozwodząc się dłużej nad tym, co udało nam się sprawdzić co do dźwiękowego (a zapewne i werbalnego) przekazu od matki do dziecka, możemy powiedzieć, że in utero instaluje się obustronne pragnienie komunikacji, które po urodzeniu będzie tylko narastać.

Urodzone dziecko, pozornie symetryczne, gdyż wyposażone w dwa uszy, dwoje oczu, dwoje ust (pamiętamy o szwie pośrodkowym), jest w istocie asymetryczne na poziomie swoich dwóch hemi-krtań, otrzymujących niesymultaniczne ataki obu nerwów krtaniowych wstecznych. Tak więc asymetria ta jest dźwiękowa i odpowiada zresztą zasadniczo asymetrii trzewnej — a nie asymetrii korowej.

Dziecko wkrótce zacznie rozmawiać z matką, a z dyskursu wystosowanego do niej, asymetrycznego i podwojonego, gdyż grającego z obu stron, wytrysną słowa, które każde niemowlę umie wydobyć: mama, papa, pipi, popo, ba-ba. Po tym prawdziwym śpiewie do matki pojawi się mowa społeczna, oparta na pragnieniu komunikacji z drugim — z tym obcym, jakim jest ojciec, konstelacją bliską i daleką zarazem, przytłaczającą i palącą. Jeśli wszystko przebiega komfortowo, kontrola tej mowy odbywać się będzie za pomocą celu szybkiego, precyzyjnego i skutecznego (po pewnych wahaniach, oczywiście) przez najkrótszy obwód — to znaczy prawą stronę. Tak więc mowa skierowana do ojca będzie kontrolowana przez prawą stronę, uwydatniając symboliczną triadę tak często spotykaną: Słowa, Prawicy i Ojca.

Pragnienie komunikacji może się nie narodzić, jeśli matka odrzuca dziecko; tym samym mowa nie zdoła się wykształcić. Jeżeli natomiast relacja z matką układa się normalnie, ale okazuje się trudna z ojcem, kontakt nawiązuje się z ogromnym dystansem, co wezwie postawę lewostronną. W tych warunkach lewe ucho, lewe usta i lewa krtań stają się przewodnikami obwodu wprowadzającego znaczne czasy latencji. Ten długi i złożony szlak istotnie pozwala oddalić obraz ojca, lecz utrudnia pilotaż potoku słownego. Wreszcie, jeśli z jakiegokolwiek powodu spotkanie z ojcem jest niemożliwe, dziecko nie może się zlateralizować — to znaczy żaden obwód nie staje się dominujący. Ten brak lateralizacji ipso facto wprowadza niemożność umiejscowienia się w przestrzeni ani w czasie. Co do mowy — pozostaje ona fiksowana na stadium tej skierowanej do matki, a z gaworzenia, pierwszego śpiewu wypracowanego dla niej, rodzi się jąkanie — chroniczna forma owego wcześniejszego etapu komunikacji.

Tak więc mowa ustanawia się od lateralności. Co więcej, jest bezpośrednio związana z cechami swojego prawego słuchowego kontrolera, czyli odbiornika akustycznego. Rozumie się więc, że prawe ucho, stając się aparatem tak delikatnym, tak precyzyjnym i tak ważnym we wszystkich mechanizmach emisji, widzi swoje wewnętrzne cechy wysoko cenione — gdyż od nich i tylko od nich zależą regulacje rozmaitych parametrów emitowanego dźwięku: natężenia, barwy i tempa, które są — przypominamy — głównymi cechami różnicującymi dźwięki między sobą.

Cechy, jakich można wymagać od ucha, będą więc cechami słyszenia mowy. Nie jest to rzecz łatwa i odpowiada (jeśli się nad tym zastanowić) długiemu, wtórnemu dostosowaniu.

Nic bowiem w człowieku — zdaje się — nie zostało początkowo zaprojektowane do analizy mowy, ani też nie znaleźlibyśmy w nim narządów swoistych dla funkcji mowy. Tymczasem dzięki wewnętrznym powiązaniom embriologicznym i neuronalnym, jakie istnieją (jak się pamięta) między aparatami ustno-gardłowym, oddechowo-krtaniowym i słuchowym, wszelki postęp ucha w obszarze językowym znajduje rezonans w obszarze oddechowo-pokarmowym, na poziomie skrzyżowania gardłowo-krtaniowego. Kontrreakcje ustanawiające się między ustami a uchem dokonują się zwłaszcza na wzór pantografu, według wcześniej ustanowionej proporcji.

Ucho powinno więc słyszeć i dobrze słyszeć w granicach mowy. Trzeba, by było dostosowane do częstotliwości tej ostatniej, by móc ją odszyfrować, niejako odczytać. Mówi się zwyczajowo, że jest adapterem impedancji. To prawda — ale jaka jest w istocie rola takiego aparatu? Powinien on zapewnić połączenie środowiska, które jest jedynym materiałem komunikacji, ze środowiskiem neuronalnym aparatu Cortiego — sensorycznej części, która wzbudza i informuje nerw słuchowy, czyli ósmą parę czaszkową.

Otaczające powietrze pozwala dzięki swojej wyjątkowej elastyczności na zamianę naszej myśli w falę akustyczną. Daje możliwość przerzucenia mostu informacyjnego do tego drugiego, którego zdecydujemy się dosięgnąć. To połączenie, w istocie trwałe (chodzi przecież o powietrze, które nas otacza), może być w danej okoliczności pobudzone w swoich własnościach fizycznych przez zjawisko akustyczne. Ucho musi więc odszyfrować wszystkie te dźwiękowe artefakty, które dopiero później przyjmą wartość semantyczną.

Ucho ma oczywiście swoje granice, w których wpisuje się mowa. Nie zawsze zresztą wykorzystuje całość pasma, jakie jest mu fizjologicznie udzielone. Tak więc ucho francuskie ogranicza się do zakresu między 1000 a 2000 herców, podczas gdy ucho angielskie obejmuje pasmo powyżej 2000 herców, hiszpańskie zaś sytuuje się wokół punktu kulminacyjnego ok. 250 i 500 herców. Należy zauważyć, że uszy słowiańskie potrafią — lepiej niż wszystkie inne — korzystać z dużego otwarcia słuchowego, jakie im się oferuje, podobnie jak uszy portugalskie.

Wreszcie doprecyzujmy, że to ucho na słuchaniu winno być wysokiej wierności — by tłumaczyć z maksymalną dokładnością to, co autoinformacja musi mu udzielić. Toteż ostatnia cecha jawi się jako konieczna: ta, która daje uchu możliwość słyszenia przy minimum zniekształceń i maksimum analizy.

Wracając do naszej mowy, pojedźmy raz jeszcze przez elementy składające się na ten kunsztowny montaż: mamy powietrze, które wibruje i rezonuje; kompleks ustno-gardłowo-krtaniowy wsparty całym ciałem, które umie grać tym rezonującym powietrzem; i wreszcie kompleks słuchowy regulujący akustycznie całość tego zespołu — niczym podziwu godny dyrygent, zdolny narzucić takt nieskończoności instrumentów wezwanych do zrealizowania doskonale wypracowanego aktu mowy.

Oto więc stoimy wobec idealnej postaci, którą przed chwilą przywoływaliśmy — dobrego mówcy, dobrego słuchacza, silnie zlateralizowanego prawostronnie. Zobaczmy teraz, jak postąpimy wobec podmiotu w złej pozycji językowej. Co ważne w naszych rozmaitych dociekaniach — to oszacować i wyliczyć „braki" w stosunku do tego idealnego profilu. Można napotkać wszystkie formy niewypracowania tej końcowej struktury. Reprezentują one fiksacje na tym lub innym wcześniejszym stadium, manifestujące się zasadniczo znakami niedojrzałości w ogólnej organizacji.

Badanie kliniczne

Po tym długim wstępie, jakiego wymagało zdefiniowanie takiego przedmiotu badania, możemy łatwiej przystąpić do badania klinicznego.

Ważne jest brać pod uwagę przedstawiony w konsultacji podmiot zarówno przy jego funkcji mowy, jak i poza nią.

Zwracamy się najczęściej do dziecka. Obserwujemy je przez cały wywiad przeprowadzany w obecności rodziców. Jego postawa, bardzo znacząca, ujawnia nam jego przylgnięcie, jego uczestnictwo w otaczającym świecie — albo jego niezainteresowanie i trudności, na jakie napotyka, by być podmiotem słuchającym. Następnie analizujemy jego zachowanie w chwili, gdy zaczynamy do niego mówić, i oceniamy jego napięcie słuchania; widzimy już, które ucho nam ofiaruje, i zbieramy synkinezy, jakie ten prosty gest uwagi wzbudza. Wreszcie pozwalamy mu mówić.

Po pierwsze, bierzemy pod uwagę jakość głosu. Może on być intensywny lub słaby, modulowany lub jednostajny, dzielny lub matowy.

Po drugie, obserwujemy gest głosowy towarzyszący emisji, przystępując najpierw do badania twarzy. Ta może być mobilizowana w swojej części prawej lub lewej. To jeden z głównych znaków do wyszukania. Od chwili emisji dobrzy mówcy są bardzo wyraźnie asymetryczni — na korzyść strony prawej twarzy. Usta zwłaszcza wykazują dominującą motorykę prawą, która pociąga za sobą lewą; to dynamiczny element zapewniający nam dobre funkcjonowanie prawego ucha w jego grze kontroli.

Inaczej rzecz ma się u pacjentów, których przychodzi nam badać. W większości przypadków to po lewej stronie odbywa się funkcja mowy; to lewe usta wydają się dynamizować całość. Lecz przypominamy: kto powiada usta, mówi ucho; kto powiada ucho, mówi półkula mózgowa. Cały podmiot jest w istocie zaangażowany w prosty fakt mówienia. Czasem nie ma ani prawej, ani lewej — i mowa wtedy jest źle lub słabo wypracowana.

Poza grą twarzy obserwujemy synkinezy towarzyszące. U wielkiego mówcy tylko prawa ręka wykazuje niewielkie skojarzenia gestowe — przede wszystkim na poziomie szczypce kciuk–wskaziciel. U mniej uprzywilejowanego językowo spotykają się wszystkie synkinezy towarzyszące — i można sobie wyobrazić wszystko na poziomie obu rąk, zwłaszcza lewej, ramion, szyi, tułowia, kończyn dolnych — tyle ruchów, które potrafią szybko wyczerpać potencjał energetyczny niezbędny aktowi korowemu, by doprowadzić do końca akt mowy.

Następnie prosimy badanego, by pokazał nam swoje ucho; mówca normalnie zlateralizowany wskaże prawą ręką swoje prawe ucho, swoje prawe oko i usta. Dyzlateralizowany ofiaruje jedno lub drugie ucho jedną lub drugą ręką, lub bez udziału ręki — podobnie dla pozostałych wskazań: oka i ust. Niezlateralizowani — jak osoby jąkające się — odpowiadają zazwyczaj na nasze pytania (które zresztą wydają im się dziwaczne) innym pytaniem: „które?".

Następnie prosimy badanego, by pokazał nam nasze ucho, nasze oko. I tu, w przeciwieństwie do hiperlateralizowanego prawostronnie, który prawą ręką wybiera nasze prawe ucho, ofiarowane są wszelkie fantazje. Ujawniają nam one w istocie trudności, na jakie badany napotyka w pozycjonowaniu się, w celowaniu siebie, w uchwyceniu siebie samego w czasoprzestrzennym wszechświecie.

Poszukujemy także znaku, któremu przypisujemy pewną kliniczną wartość, a który nazywamy „autoinformacją". Każemy badanemu powiedzieć swoje imię i adres, prosząc, by położył prawą rękę blisko ust — tak, jakby trzymał mikrofon; pomagamy mu, podtrzymując jego rękę naszą ręką przeciwną, gdyż stoimy naprzeciw siebie. Głos jest zazwyczaj toniczny, dźwięczny przy prawej ręce, podczas gdy nie jest taki przy lewej. Interes polega na zmierzeniu obudzenia tego skórno-głosowego odruchu, który zawsze powinien być prawostronny. Należy też zaznaczyć, że gdy badany nie chce uznać swojej prawej strony — a tym samym symbolicznego nośnika, jaki ona reprezentuje — obserwuje się mniej lub bardziej silne odrzucenie ręki. To zazwyczaj prawa jest odpychana i trzeba ją mocno trzymać. Co więcej, w wymowie imienia i adresu zauważa się najczęściej skotomizację imienia, gdy prawa strona jest odrzucana.

Wreszcie badamy — słuchając lub odczytując na lampie katodowej i sonografie — emisję głosu, gdy w obwodzie pozostawione jest samo prawe ucho po usunięciu lewego, i odwrotnie. To również prawa strona dominuje w głosie najbardziej modulowanym — i tu również możemy ocenić potencjał już zdobyty w tym zjawisku autokontroli.

Patologia

Jest właśnie patologią niewpisania się istoty w wszechświat innych, a obserwowana nieprawidłowość ujawnia, niewątpliwie, niedojrzałość w procesie prowadzącym do idealnej struktury — podłoża rozmaitych systemów uwieńczonych dobrze wypracowaną mową.

Oczywiste w świetle tego, co właśnie powiedzieliśmy, że można zaobserwować dwa aspekty patologii mowy. Zachowamy zasadniczo pod naszym nadzorem stronę — powiedzmy — mechanistyczną, pozostawiając kolegom psychiatrom stronę ducha i rozumu. Innymi słowy: ważne jest to, w jaki sposób podmiot umie eksploatować swoje ciało, by zapewnić swój potok słowny. Prawda, w klinice wszystko jest zazębione — ale właśnie domeną naszej nauki medycznej jest umieć rozdzielać takie mechanizmy, by lepiej je oddzielnie pojąć.

Tak więc w mowie zaburzenia, jakie można napotkać, oferują szeroki wachlarz — od braku mówienia aż do najbardziej wypracowanej językowej wirtuozerii.

  1. Brak mowy świadczy o niezestrukturyzowaniu obwodu audio-głosowego:
  • Bądź pragnienie mowy nie zamieszkało w dziecku, i problem jest psychoanalityczny. Spotyka się to w autyzmie, w schizofrenii.
  • Bądź odbiornik jest nieobecny, jak w głębokich głuchotach. Wówczas instaluje się głuchoniemota — z powodu braku autokontroli (4).
  1. Jeśli mowa tworzy się ze zniekształceniami, mamy kilka przypadków do rozważenia:
  • Albo ucho jest deficytowe i zaburzenia artykulacyjne są wiernym przekładem złej jakości odbiornika.
  • Albo ucho jest dobre, ale badany ma jedynie słabe pragnienie posługiwania się nim; uwięziony w grze chęci słuchania, szybko stracił do niego ochotę — a przez to także użycie.

Albo wreszcie struktura jego lateralności nie jest wypracowana, a wytworzone zaburzenia anormalizują wszystkie nieodłączne relacje — dziecko buduje sobie, jeśli jego potencjał na to pozwala, świat tworzony tylko dla niego.

Znajdujemy w ten sposób dyzartrie, jąkania i dysleksje.

  • Dyzartrie wyrażające niedoskonałości słuchowych mikrofonów.
  • Jąkania ujawniające trudność spotkania z totemem ojcowskim — przez niedojrzałość lateralności.
  • Dysleksje uniemożliwiające normalne odszyfrowanie wszechświata, mowy, a w konsekwencji książki — przez niemożność (w tym ostatnim przypadku) przetłumaczenia mowy pisanej na mowę dźwiękową (5).

Leczenie

Ten krótki wykład o mowie i o patologii zaburzeń ekspresji prowadzi nas naturalnie do mówienia o terapiach uruchamianych, by pomóc jednostce w przejęciu samej siebie, w zrealizowaniu się w otaczającym świecie.

Terapie te wynikają z hipotez, z teorii, które przyszło nam wypracować w toku naszej pracy badawczej w dziedzinie audio-psycho-fonologii. Odwołują się przede wszystkim do zjawiska słuchowego ujmowanego w najszerszym sensie i zmierzają do dania każdemu — dziecku czy dorosłemu — możliwości używania swojego ucha jako aparatu zdolnego słuchać mowy drugiego. Dążą zasadniczo do wyzwolenia lub ponownego wyzwolenia pragnienia komunikacji — dotąd niewypracowanego lub źle wypracowanego.

Techniki reedukacji mowy mówionej i pisanej zostały znacząco zmodyfikowane w ciągu ostatnich piętnastu lat dzięki wkładowi wiedzy z dziedziny elektroniki. Pozwoliły one zbudować aparaty zdolne wzbudzać i szybko integrować warunkowania leżące u podstaw mowy dobrej jakości — to znaczy dobrego słuchania na wysoko zróżnicowanej lateralności prawostronnej.

Dzięki filtrom elektronicznym i zjawiskom przełączania modyfikuje się dowolnie obwody i krzywe narzucane słuchaniu — w celu zapewnienia podmiotowi poddawanemu reedukacji postawy słuchowej dobrze słyszącego, tego, który ustrukturyzował normalną sieć relacyjną.

W miarę jak słuchanie „Innego" się wypracowuje i ma na celu zwiększenie uwagi badanego, druga gra przełączania uruchamia autosłuchanie za każdym razem, gdy pacjent musi odpowiedzieć lub powtórzyć. Zostaje mu w ten sposób nieświadomie nałożony obowiązek słyszenia własnego głosu tak, jak normalny podmiot słyszy swój.

Ten szlak kieruje podmiot ku uświadomieniu sobie swoich kontroli, ku panowaniu nad swoim cielesnym Ja — w miarę jak buduje się jego werbalne Ja.

Cel, jaki stawia sobie proponowana terapia słuchowa, polega więc na przywróceniu struktur relacyjnych przez korektę wadliwych warunkowań pierwotnych.

Wniosek

Tym, do czego dążyliśmy w tym wykładzie, było wydobycie myśli, że bilans audio-psycho-fonologiczny powinien wpisywać się we wszelkie kliniczne dochodzenie. Pozostajemy przekonani, że kilka kroków podjętych w tej dziedzinie stanowi zaledwie zarys obszernego studium relacji istniejących między psychiką a ciałem w ich licznych zazębieniach i ich kontrreakcjach psychosomatycznych.

„Mów, a powiem ci, kim jesteś" nie jest już dziś nie do oddzielenia od „i powiem ci, jak ci jest". Nie jesteśmy oczywiście jeszcze dziś w stanie systematycznie stosować technik badania mowy, ale sądzimy, że w nadchodzących latach kierunek w tę stronę będzie tak silny, że próby językowe wpiszą się w ramy wszelkiego procesu klinicznego.

Mowa jest co więcej jednym z najskuteczniejszych środków przeniknięcia w problemy życia relacyjnego, w problemy adaptacji do środowiska — immanentnego źródła zaburzeń psychicznych lub somatycznych, które nie omieszkają się ujawnić. Mowa, w tej okoliczności, jest poprzedzającym sygnałem alarmu, który wskazuje uprzedzonemu uchu klinicysty, że jego czujność musi pozostać czujna, zanim jeszcze utrwali się premonitoryczne zaburzenie.

Czytelnik wybaczy nam, że wydobyliśmy tyle treści w tak niewielu słowach — z pewnością jednak zrozumie, jak trudno jest potraktować na kilku stronach przedmiot, którego rozległość mu nie umknęła i którego waga pozostaje znaczna.

Badanie kliniczne — Patologia — Leczenie

przez A. Tomatisa

Wyciąg z Société de Médecine de Paris, Revue d’Enseignement Post-universitaire, nr 2, 1970

  1. A. Tomatis, „Relations entre l’audition et la phonation". Annales des Télécommunications, t. II, nr 7–8, lipiec-sierpień 1956.
  2. A. Tomatis, „L’oreille directrice". Bulletin du Centre d’Études et de Recherches Médicales de la S.F.E.C.M.A.S., lipiec 1953.
  3. A. Tomatis, L’oreille et le langage. Éditions du Seuil. Collection Microcosme, Série „Le rayon de la science".
  4. A. Tomatis, La surdité. Éditions de l’Organisation des Centres du Langage.
  5. A. Tomatis, La dyslexie. Éditions de l’Organisation des Centres du Langage.

Dokument oryginalnyfaksymile historycznego PDF (pobieranie bezpośrednie).