Słyszeć to nie znaczy słuchać
Na czym polega różnica między biernym słyszeniem a aktywnym słuchaniem? Pierre Sollier rzuca światło na to fundamentalne rozróżnienie metody Tomatisa.
Istnieje wielka różnica między słyszeć a słuchać
I
stnieje wielka różnica między słyszeniem a słuchaniem — różnica daleka od bycia zawsze rozumianą. Dla wielu osób te terminy są bowiem wymienne, co wprowadza oczywiste zamieszanie. Na przykład często jesteśmy zanurzeni w środowisku muzycznym, gdzie muzyka sprowadza się do tła dźwiękowego angażującego tylko nasze słyszenie, nie zaś nasze słuchanie. Wystarczy bowiem wejść do windy, sklepu, na lotnisko czy do centrum handlowego, by od razu otoczył nas potok łagodnej muzyki, którą ledwo zauważamy, a której zadaniem jest nas zrelaksować — by wytworzyć idealne warunki, które skłonią nas do impulsywnych zakupów. Świadomie czy nie, często wolimy to muzyczne tło od ciszy, bo cisza nas niepokoi. Jeśli machinalnie włączamy radio, ilekroć wsiadamy do samochodu, to być może po to, by uciszyć ciszę, która zostawia nas twarzą w twarz z samymi sobą. Nie znaczy to jednak, że słuchamy muzyki nadawanej przez radio. Może nawet jej nie słyszymy, zatraceni we własnych myślach. Tło muzyczne tworzy rodzaj dźwiękowego kokonu, który nas niesie, kołysze przez cały dzień i otacza niczym ciepły
koc. Tak długo, jak muzyka gra, jesteśmy jakby zawieszeni w przestrzeni pozaczasowej, która być może przypomina nam nasze życie in utero. Zapominamy o spłacie kredytu hipotecznego, o groźbie zwolnienia, o trudnościach małżeńskich czy nadchodzącej zapowiedzi pesymistycznej diagnozy medycznej. Niemniej, choć muzyka oddala lęki, to cisza przygotowuje grunt pod słuchanie. To ostatnie wymaga często znacznego wysiłku uwagi, podczas gdy słyszenie nie wymaga żadnego szczególnego wysiłku — jest bowiem działaniem czysto biernym. Nie dziwi więc, że dzisiejsze społeczeństwo konsumpcyjne stara się nas uszczęśliwić, zanurzając w swego rodzaju dźwiękowym łożysku — często natrętnym — które przeszkadza nam naprawdę słuchać. Różnica między słuchaniem a słyszeniem stała się dla mnie wyraźnie widoczna podczas koncertu w teatrze Verdi we Florencji. Program był nieco zaskakujący, między dwoma klasycznymi utworami Schumanna i Brahmsa wykonywano bowiem dzieło włoskiego kompozytora awangardowego Luciano Berio. Utwór Schumanna pozostawił mnie kompletnie obojętnym: miałem wrażenie, że orkiestra gra za szklaną ścianą, a docierająca zza niej muzyka jest stłumiona i bez blasku. Orkiestra ani akustyka sali nie były temu winne. Nie! To ja — niczym instrument — nie byłem dostrojony! Z trudnych do wyjaśnienia powodów moje ciało i umysł były ze sobą rozłączone. Słyszałem muzykę, ale jej nie słuchałem. Pozostawałem wobec niej zewnętrzny. Bardzo chciałbym uciec z teatru, ale towarzysząc znajomemu, któremu koncert bardzo smakował, nie pozostawało mi nic innego, jak nudzić się w milczeniu. Gdy orkiestra zaczęła grać dzieło Luciana Berio, zamknąłem oczy, by lepiej się skupić. Pierwsze takty zaskoczyły mnie miło. Dobrze znane rytmy, harmoniczne i charakterystyczne ruchy muzyki romantycznej zniknęły, zastąpione dźwiękami, które wydawały się generowane przypadkowo. I cóż to były za dźwięki! Przeszywające, perkusyjne, grzmiące, niespodziewane i wciąż zaskakujące! Byłem teraz całkowicie obudzony, próbując wręcz przewidzieć dźwięki, które za chwilę miały eksplodować. Ta muzyka nie miała chyba tego samego zaczarowującego wpływu na moją sąsiadkę, starszą damę. Styl ewidentnie nie należał do repertuaru klasycznych dzieł, które prawdopodobnie wolała. Nie była jedyna — połowa publiczności klaskała na końcu wykonania utworu, podczas gdy druga połowa publiczności klaskała na