Wykład dra Alfreda A. Tomatisa wygłoszony w Paryżu w 1998 roku — duchowa medytacja o słuchaniu jako pierwotnej, ontologicznej postawie człowieka wobec stworzenia i Stwórcy. Tomatis przeciwstawia bierne słyszenie aktywnemu słuchaniu, ujawnia rolę pychy i intelektualizmu w „głuchocie" na wymiar boski oraz naszkicowuje pedagogikę słuchania, której Effet Tomatis i Oreille Électronique są technicznymi narzędziami.

Wszystko w tym świecie jest wsłuchane — z wyjątkiem człowieka.

Wszystko w tym świecie jest wsłuchane — z wyjątkiem człowieka. Nie jest to żart, lecz owoc dojrzałego namysłu, popartego długą obserwacją w trakcie życia zawodowego skupionego właśnie wokół tego problemu.

Czyż nie tego naucza Księga Ksiąg już od pierwszych słów Genesis? Czyż całe stworzenie nie jest z założenia oddane posłuszeństwu, opiewając chwałę Stwórcy? Jedynie człowiek wyodrębnia się swoją negatywną postawą wobec harmonijnego rozwoju tego pierwotnego pędu.

Paradoksalnie, trzeba korzystać z prawa odmowy, by odkryć drogę przyzwolenia. To ostatnie nie jest tutaj odwrotnością sprzeciwu, podobnie jak odrzucenie nie jest jego przeciwieństwem. Czyż odmowa nie jest w istocie chwilowym pęknięciem, które rozbija proces akcesu zakorzeniony w najgłębszych warstwach natury ludzkiej? Z tego rozkładu ontologiczna zgoda na przynależność do świata stopniowo tępi się u człowieka. Można by nawet pomyśleć o jej zupełnym zanikaniu, gdyby nie błyski świadomości, które od czasu do czasu ożywiają jej obecność. Cała ludzkość zdaje się zawisła na tych nagłych rozbłyskach.

Stworzenie nie może nie być zawisłe na prawach, które nim kierują. Jest całością obdarzoną dynamiką, która rzuca je w orbitalny taniec, gdzie każda krzywa ma swój własny środek — sam zaś zaangażowany w trajektorię jemu zarezerwowaną. Ta „ślepa" uległość jest Słuchaniem. Słowo „ślepa", wprowadzone tu w sposób niespodziewany, ma jedynie nadać temu posłuszeństwu intensywność tak wielką, że nie pozostawia ona miejsca na żadną dwuznaczność, ani na wątpliwość, a tym mniej na odmowę — sam rozum nie znajduje w niej żadnej możliwości wniknięcia. Lecz bycie w pełnym świetle, bez zdolności podejrzewania cienia, a tym bardziej ciemności, nie pozwala już zdać sobie sprawy z zanurzenia w tej kąpieli wyśmienitej jasności. Innymi słowy, znajomość stanu zawsze tożsamego — choćby najbardziej transcendentnego — w końcu wymyka się świadomości. Odtąd słuchać lub być posłusznym — terminy tak ściśle związane swoją semiologiczną reminiscencją — przyjmują wartość absolutu, wykluczając wszystko, co nie wspiera w sposób skuteczny ich semantycznej rzeczywistości. Iść ku temu, co słyszymy (ob-aud-ire lub w skróceniu być posłusznym) — znaczy odtąd kroczyć bez uchybień, bez zboczeń, bez odczuwania żadnego przymusu, drogami, które zbiegają się ku temu stanowi łaski objawiającemu nam, że jest to droga jedyna. Oddanie, które stąd wypływa i które pozwala dać się prowadzić pod wpływem niewyrażalnej, lecz nieodpartej ufności, nie jest niczym innym jak samą wiarą.

Tak właśnie Stworzenie działa: świat gwiezdny okazuje posłuszeństwo — albo, jeśli wolimy, słucha — praw, które prowadzą go drogą wieczności, biorąc tym samym udział w kosmicznym oddechu; świat roślinny zaś budzi się i rozkwita na wezwanie tej komunikacji w rytmie pór roku. Świat zwierzęcy, zapięty na orbicie swoich instynktów, kontynuuje w biegu czasu swoje zdumiewające przekształcenia, by odpowiedzieć na nieustanną ewolucję ustalonego z góry programu.

Nic nie jest dziełem przypadku — wszystko jest skutkiem jednej i jedynej woli, tej samej, która dyktuje temu, kto umie nadstawić ucha, co w danej chwili wypada uczynić, wpisując się nieustannie w proces stawania się. Człowiek, popchnięty tą szczególną skłonnością, może odtąd uczestniczyć w samym akcie stworzenia.

Musi zniknąć, aby być. Musi porzucić to, co — jak mu się zdaje — sobą reprezentuje, to, do czego — jak mniema — dąży. Może być tylko prowadzony. Ale musi też pozwolić, by go ogarnęło pragnienie żeglowania po własnej orbicie. Wówczas usłyszy prawa wszechświata dyktujące mu jego postępowanie. Wystarczy mu odtąd ich słuchać, aby odkryć, że wkracza tym samym w wolność — nie ma bowiem innej wolności niż ta, której udziela oddanie. Od tej chwili wszelkie odmowy, które roszczą sobie prawo do umacniania niezależności, redukują się do tego, czym są. Są jedynie konstrukcjami zbudowanymi z przymusów narzuconych człowiekowi, by usiłował przetrwać w labiryncie istnienia bez wyjścia. Samo stworzenie nie wzbudza w istocie żadnej zależności, byleby tylko zagłębić się w jego prawa z bezwarunkową aprobatą — czyż zresztą nie tworzy ono jednej całości z prawami, które nim rządzą, i czyż nie stoimy tu wobec samych danych najnowszej astrofizyki? Kosmos nie jest niczym innym jak spójnym zawieszeniem energetycznej plazmy, w której wszystko się trzyma, wszystko wzajemnie się przenika, wszystko, krótko mówiąc, wsłuchuje się w siebie.

Człowiek, świadoma antena

Doskonałe odbicie konstrukcji upragnionej przez Słowo, kosmos odpowiada na Jego żądanie z wiernością, której równa jest jedynie harmonia, która nim kieruje.

A co z człowiekiem — z tym nie-słuchającym? Nic mniejszego niż istota zmagająca się sama ze sobą, podczas gdy mniema, że zbudowała świat. Jego czysto materialistyczna wizja prowadzi go nieodwracalnie ku zatraceniu — we wszechświecie, który zdaje mu się znać, a nawet rozumieć, i którym, w tej samej aberracji, rości sobie prawo kierować.

Drobne ziarno na cienkiej powłoce ziemskiego globu — człowiek przyodziewa się w swoją inteligencję, kryje się za naukowym podejściem do świata, istnienia, życia, a nawet duszy… Wiadomo, w jaką ślepą uliczkę zapędza go ów zacietrzewiony intelektualizm.

Idei nie ma żadnych, podobnie jak iskier geniuszu — wszystko jest mu dane. Lecz jego słuchanie jest zakłócane przez własne mniemanie o sobie. Choć niekiedy odczuwa swoją słabość i jeśli przypuszcza, że jest niczym, natychmiast się ogarnia, chcąc i mniemając być działającą jednostką.

Bez wątpienia zapomniał, dlaczego dane mu było wynurzyć się z mułu:

Aby być wsłuchaną anteną. W istocie, jeśli tylko przypomni sobie swoje wyłonienie się z humusu, staje się w swojej pokorze uchem całkowicie podłączonym wraz z całym stworzeniem do słów Stwórcy.

Po to właśnie, by być tą świadomą anteną, dane mu było słuchanie. Przez nie bowiem otrzymał jedyny w swoim rodzaju przywilej wyrażania chwały Stwórcy w modulowanej werbalizacji, w jaką tylko on jeden został wyposażony.

Stworzony na obraz Boski, czyż nie jest przeznaczony, by uczestniczyć w fantastycznym i majestatycznym spektaklu zadawanym przez stworzenie — spektaklu, który w przestrzeni równie rozległej jak wieczność powtarza bez zastrzeżeń odnowienie radości, że został zrodzony?

Inteligencja i „głuchota" na wymiar boski

Dzięki swojej własnej strukturze człowiek jest zdolny wykrywać to, co dostarcza mu kosmos, w którym jest zawarty. Nie tylko może śpiewać hymn pochwalny, ale również w sposób świadomy formułować swój pełny udział. Może w ten sposób rozmyślnie wkroczyć w kosmiczną symfonię i dostroić się do rytmów, które modulują sekwencje czasu w gwiezdnym ogromie.

Tym samym słuchanie nabiera sensu. Bez wątpienia jest ono możliwe tylko dlatego, że sam Stwórca jest wsłuchany w swoje stworzenie. W rzeczywistości jedynie On jest uprawniony do pełnego korzystania z tej władzy. Dzięki Jego niezmierzonej hojności ustanawia się sieć interakcji, międzydialogów, międzykomunikacji — działająca bez przymusu, jakby sama z siebie. Stąd przejawia się i panuje w tym wszechświecie, który stwarza się nieskończenie, harmonia totalna.

Każda przeszkoda w tej syntonii, w tej sympatii, jest źródłem cierpienia, zerwania, braku komunii. Jedynie człowiek jest pogrążony w cierpieniu i błądzi w nim, potężnie wyprowadzony z drogi przez własne pragnienie korzystania z mocy sprzeciwu. Z jego powodu gdzieś we wszechświecie krwawi rana. Jego cierpienia, jego nędze, jego bóle i smutki świadczą o całokształcie jego nietypowych zachowań — wymykających się normom zwyczajowym, koniecznym dla doskonałej równowagi stworzenia. Nie są to zresztą normy narzucone, lecz użyteczne, a wręcz niezbędne.

Prawdą jest, że człowiek otrzymał od Boga dar zupełnie szczególny: inteligencję, dzięki której stał się zdolny pojąć własne stworzenie w pełni potencjału, jaki mu został powierzony. Ten interlogos miał mu pozwolić zwracać się do swego Mistrza i Pana w pełnej wolności, to znaczy w pełnej miłości.

Wiemy, jakie ziarno pychy uczyni go „Głuchym" na ten wymiar. Odtąd będzie zawłaszczał sobie dary, którymi Bóg go obdarzył, i wyobrażał sobie w bezsensownym majaczeniu, że wszystko zostało zrodzone przez jego własny mózg.

Czym jest mózg?

Ale czym jest mózg? Wszystkim i niczym.

WSZYSTKIM jest dla naukowca, który temu wyjątkowemu narządowi o szczególnej złożoności przypisuje zdolność wytwarzania „myśli", „idei", a lepiej jeszcze — zdolność innowacji, wynalazku, krótko mówiąc: odkrywania…

Całokształt zachowań ludzkich daje się — według tego samego ujęcia — wytłumaczyć łatwo, nie tylko przez neuronalny wymiar człowieka, ale i przez subtelną grę równowagi endokrynnej. W istocie, w miarę postępu badań prowadzonych w ciągu ostatnich dwóch dekad, nauka oscyluje między pragnieniem nadmiernego przypisywania wszelkiej ludzkiej aktywności układowi nerwowemu — którego niezwykle wyrafinowane struktury są dziś dobrze poznane — a pokusą nadania układowi endokrynnemu roli pierwszoplanowej, która może wydać się przesadzona.

Mądrzejsze wydaje się przyjęcie połączenia obu tych potencjalności, które — jak wiadomo — wzajemnie na siebie oddziałują. Trzeba jednak przyznać, że jeśli chce się zbudować świat, łuszcząc człowieka do skrajności, rozczłonkowując go aż po jego ostateczne wymiary molekularne, jest się zdumionym, a zarazem zbitym z tropu wobec przekroczenia, jakie się narzuca. Wszystko zamykać w „redukcjonizmie" może się okazać nie do zniesienia.

Człowiek pozostanie zagadką dla człowieka, dopóki ten ostatni będzie chciał go odkryć o własnych siłach i dopóki będzie wyjaśniał wszystko własnymi mechanizmami umysłowymi.

NICZYM jest natomiast dla tego, kto zdaje sobie sprawę, że człowiek jest „kompleksem" organicznym złożonym w 80 % z wody i w 20 % z soli mineralnych — lecz całościowy układ tych elementów odpowiada zaprogramowanej strukturze architektonicznej, w obrębie wszechświata, który sam podlega imperatywom dopełniającej się ewolucji.

Podobnie jak mgławica skupia się i kurczy, wchodząc w grę sił, które domagają się od niej przyjęcia formy i ruchu, tak i materia jest posłuszna sekwencjom, jakie dyktuje jej ustalony z góry program.

Szczęściem człowieka jest, że może cieszyć się radością z śledzenia opracowywania tego programu. To właśnie odróżnia go od królestw mineralnego, roślinnego i zwierzęcego. Człowiek może uczestniczyć w tej kosmicznej dynamice, w której jest zawarty jako strona biorąca w niej udział — dzięki temu, że obdarzono go zrozumieniem rzeczy. Tak więc w takich warunkach wie, że jest tym wsłuchanym niczym, które w pewnym zakątku wszechświata widzi przed sobą rozwijający się bajeczny spektakl żywego kosmosu, rzuconego w taniec bez końca, podtrzymywany akcentami symfonii, której struktury harmoniczne nieustannie opiewają chwałę swojego Stwórcy.

Słyszeć nie znaczy słuchać

Istnieją jednak fałszywe nuty raniące tę harmonię — aż do zaciemnienia tego, co powinniśmy doskonale postrzegać. Skąd pochodzą te rozczarowania? Bez wątpienia z zaciętej zatwardziałości tych, którzy choć obdarzeni dobrymi uszami, pozostają nie-słuchającymi.

Słyszenie nie pociąga za sobą słuchania. Słyszeć to być zalanym przekazem w sposób bierny — najwyżej dać się nim wrażać po to, by go zanalizować, skrytykować i ocenić jego wartość według kryteriów stanowiących sam fundament arbitralnej decyzji, która rości sobie prawo rozeznawać. A potem — zrobić wszystko po swojemu.

Słuchać sytuuje się na zupełnie innym planie, a towarzyszące mu rozeznanie służy odróżnieniu tego, czego należy się trzymać, od tego, czego wypada unikać. Lecz od chwili, gdy umie się żonglować tymi dwoma funkcjami, można wprawnie słyszeć to, czego nie należy w pełni brać pod uwagę, a w zamian być cały słuchaniem wobec tego, co odpowiada głębokiej rzeczywistości — jednym słowem: prawdzie.

Rzecz jasna, postawa, która się wówczas rysuje, jest zupełnie inna niż ta, jaką człowiek pojmuje na co dzień. Tym bardziej, że jego wychowanie i kultura warunkują go do przemierzania zawiłości egzystencjalnego labiryntu. Stąd w swojej mniej lub bardziej burzliwej, mniej lub bardziej dramatycznej, mniej lub bardziej tragicznej historii ludzkiej oskarży los o naginanie go do podążania za podróżą pełną kłopotów i zasadzek. A nie ma innego losu prócz tego, który sam sobie wytwarza.

Tak też ludzkość brnie z trudem, prowadzona przez pasterzy samych pozbawionych słuchu, skupionych jedynie na tym, co pragną usłyszeć: na swoim ideale politycznym, w który wnikają ich osobiste interesy.

W którąkolwiek stronę się obrócić, ludzkie rozwiązania niewiele ważą, jeśli nie zaprowadzi się słuchania Tego, co Jest. To, co Jest, to wszechświat — on nam to nakazuje i tłumaczy nam na swój sposób to, co Stwórca mu oznajmia.

To, co jest: człowiek wsłuchany w Słowo

To, co jest — to człowiek świadomy, w pełni otwartym słuchaniem chwytający to, co Bóg mu obwieszcza.

To, co jest — to ów dyskurs nieskazitelny, emanujący z Pana.

To, co jest — to nieustanne słuchanie dyskursu, który nabiera wartości dialogu, gdy człowiek godzi się pozwolić, by spływało zeń słowo, jakie zostało mu ofiarowane.

To wówczas Bóg mówi przez człowieka. Ale to także Pan słucha, gdy jesteśmy jedynie Jego narzędziem.

Ciało ludzkie, jego układ neuronalny, są ledwie czynnym instrumentem Boga, który pragnie uczynić z człowieka zarządcę powierzonej mu ziemi. A zarządca to ten, kto sprawia, że to, co mu powierzono, rodzi owoc dla jego pana.

Słuchać to wyjść poza pojmowanie, to wykonywać według planu odpowiadającego pragnieniu Mistrza.

Lecz jakaż radość i jakaż wolność emanują z takiej postawy! Wiedzieć, że jest się prowadzonym przez czas — ten sam, który jest konieczny do nauczenia się rzeczy Bożych — być przeznaczonym do podążania ku najdoskonalszemu spełnieniu, by zadowolić Mistrza w każdej godzinie i w każdym miejscu — czyż nie jest to wzniesienie się na płaszczyznę błogosławieństw?

Ideał mędrca: ucho w postawie słuchania

Cel ostateczny: umieć słuchać

Celem — jeśli w ogóle jest jakiś — jest właśnie umieć słuchać, to znaczy dla człowieka oznacza pełne zaangażowanie się w rolę, jaka mu została przydzielona. A cel ten polega w istocie na ustanowieniu tego, co być powinno. Zamiast więc szukać komunikacji poziomej, człowiekowi przystoi wejść na płaszczyznę odpowiadającą prawdziwej pionowości: pionowości Ducha.

Na tym poziomie, z dala od miazmatów, z dala od zgubnych wpływów, które w każdym człowieku neutralizują pragnienie życia — lub, co na jedno wychodzi, pragnienie słuchania — wszystko jest tylko komunią.

Duch jest tym, co mówi do człowieka słuchającego, a ten, kto słucha, nie potrafi odpowiedzieć inaczej niż przez „Fiat".

Prawdą jest, że nie wszystko jest tak łatwe, jak się utrzymuje. Jak wspominaliśmy wielokrotnie, od samego początku zwierzę „głuche" — wąż w tym przypadku — nauczyło człowieka nie słuchać, to znaczy: nie być posłusznym. Z pewnością zostało to zrozumiane.

Więc co czynić? W obliczu sytuacji nasiąkniętej tak głębokimi i tak odległymi nawykami — czy mamy złożyć broń? W żadnym razie. Choć ludzka instytucja jest zbudowana na fałszywym języku, który rozbrzmiewa w każdym człowieku, w każdym ludzie, w każdym języku, nie wszystko jest w istocie zasadniczo i całkowicie nieredukowalne. Słuchanie ukazuje się bowiem od razu jako ontologiczne — tak głęboko zakorzenione w samym jądrze witalnym, tak bardzo będące odpowiedzią, a lepiej jeszcze: najbardziej wyrazistą manifestacją rezonansu istoty. Jest następstwem samego życia, które może być postrzegane jedynie poprzez nieustanną, subtelną uwagę. Jest wyrazem, który podtrzymuje świadomość. Jest więzią niezbędną, dzięki której ciało zaczyna wchodzić w rezonans ze stworzeniem — rządzone bowiem, podobnie jak ono, jednym i tym samym programem, któremu nic się nie wymyka.

Prawdą jest, że takie stanowisko szybko obchodzi wszelkie konstrukcje teoretyczne — racjonalistyczne, pozytywistyczne czy materialistyczne — bo, prawdę mówiąc, prowadzi ku oczywistości. Wystarczy bowiem przelotnie spojrzeć na całokształt tych wahań ducha ludzkiego, by szybko stwierdzić, że są one zaledwie nieosiągalnymi utopiami — zwłaszcza że zarządzane są przez ludzi, w których — jak wiadomo — wkraczają interesy ideologiczne, a często osobiste, niwecząc tym samym proponowane teoretyczne rusztowanie.

To znaczy, że duch ludzki nie jest Duchem Bożym — i jeśli ten ostatni przechodzi przez człowieka, pozostaje w nim jedynie pod warunkiem, że tamten zaciera się jako persona, by być już tylko jednostką zanurzoną w wielkiej całości.

To, co stwierdzamy w socjologicznej dynamice narodów rozdzieranych na wszystkie strony, odnajduje się zapewne w naukach humanistycznych wywiedzionych z filozofii. Co więcej — to samo zjawisko spotyka się w dziedzinie nauk ścisłych. Obiektywizacja obserwatora jest bowiem szybko zrównoważona pragnieniem owego obserwatora utożsamienia się z obserwatorem. Także tutaj trzeba przypomnieć, że niektórym istotom dane jest dochodzić do uwidocznienia faktów. Lecz czy nie skłaniają się oni do zapominania, że te zjawiska istnieją od wieczności i że ofiarowano im jedynie szansę uwydatnienia ich oczywistości? A do tego — ku pożytkowi bliźnich.

Nieszczęściem tego, komu ten dar został udzielony, jest to, że najczęściej zaczyna mniemać, iż jego osobowość wykracza poza zwyczajne. Honory, jakie mu się oddaje, utwierdzają go zresztą w tej idei. Tu właśnie tkwi jego zguba. W biegu czasów, od początku początków, w zależności od określonej chwili, rzeczy dzieją się, ujawniają, odkrywają — a aby uczynić je wrażliwymi dla ludzi, posługują się głowami przeznaczonymi na to, by być głowami poszukującymi. Nie ma w tym żadnej zasługi. Fakt bycia badaczem jest odpowiedzią na powołanie, na wewnętrzny głos, który mówi, który podpowiada i który wskutek tego prowadzi wybranego w taki lub inny kierunek. Ale to także skutek słuchania szczególnie wyostrzonego. Może ono pojawić się tylko wtedy, gdy podmiot osiąga najbardziej obnażony poziom pokory. Być człowiekiem to być z humusu — w postawie wsłuchania w Życie. A wiadomo, czym jest Życie.

Jak rozbudzić to słuchanie

Jak łatwo przypuścić po zapoznaniu się z tymi rozmaitymi rozważaniami, wolno zapytać, czy istnieje wyjście, jakakolwiek droga zdolna poprowadzić istotę ludzką poza możliwość słyszenia — ku władzy słuchania. Z pewnością tak, ale jakże długa to droga i jakże głęboka decyzja, by ujrzeć wyłaniające się głębokie modyfikacje w grze wewnętrznej dynamiki, tak dawno zniekształconej?

Wszystko jednakże jest możliwe. Iluż ludzi od pradziejów odbyło tę podróż? Dziś, jeśli zechcemy zważyć na to, co potrafi zaoferować obecna technologia, można tę drogę uczynić łatwiejszą. Ale czy nie jest zuchwałe zestawiać myśl taką, jaką właśnie rozwinęliśmy, z jakąkolwiek nowością narodzoną z człowieka? Czyż nie jest to zaprzeczenie samej tezy, którą wysunęliśmy w poprzednich wersach? Znamy już naszą opinię o odkryciach wywiedzionych z geniuszu człowieka. Wyłożyliśmy ją. Nie ma ani geniuszu, ani odkryć. Niektórym mózgom dobrze zorganizowanym, niezwykłym co do swoich zatroskań, dane jest jedynie być podłączonymi do „rzeczy", które same się odkrywają.

Można więc, przynajmniej w pewnej mierze, wiedzieć, czym jest słuchanie — a wiedząc, można je wzbudzić i rozbudzić w jego pełni. Słuchający podmiot dysponuje odtąd środkami właściwymi jego ludzkiej kondycji, których wcześniej nie znał. Często bywa poprowadzony na drogę swojego rzeczywistego posłannictwa w tym świecie. Następuje nagłe ożywienie jego poetyczności, jego twórczości — ośmielimy się rzec: twórczości „oczyszczonej". Słuchanie rzeczywiste, jeśli zwraca się do ciała, czyni to tylko po to, by je poznać i kontrolować jako wsłuchaną antenę całości tego, co konstytuuje środowisko rodzinne, szkolne, społeczne — i przekłada się w czyn, niekoniecznie przechodząc przez słuchowe odczucie. Istnieją bowiem, jak się zdaje, poza zakresem słuchowym, obszary, w których nasze postrzeganie działa na innych długościach fali: intuicja na przykład, zjawiska parapsychiczne, telepatyczne, prorocze.

Lecz, raz jeszcze, taka dyspozycja wymaga wyrzeczenia się jakiejkolwiek mocy oraz porzucenia wszelkich roszczeń w działaniu osobistym.

Zrozummy się dobrze: nie oznacza to radykalnego usunięcia wszystkiego, co stanowi radości codzienne. Zmienia się jedynie — całkowicie — postawa wobec tej codzienności. Zapomina się, że istnieje się jako indywidualność, a uświadamia się sobie przynależność do całości — do tej całości, która nas otacza, która stanowi cząstkę większej całości, mogącej być państwem, które z kolei wpisuje się w ludzkość obejmującą zarazem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Tak więc każdy człowiek jest „komórką", która była, jest i będzie na planecie — i tym samym może rościć sobie prawo do bycia, w swojej skali, jednym z ogniw tej ewolucyjnej ciągłości świata.

Zostało to zrozumiane. Zaproszenie człowieka, by przeszedł od słyszenia do słuchania, jest prawdziwym nawróceniem. A droga, jeśli jest możliwa, może być długa, podziemna, a nawet bolesna. Dziś jednak łatwo można ten proces przyspieszyć dzięki technologii. Wiadomo, że ta ostatnia — dobrze zarządzana — może być oddana w służbę człowiekowi. Może być, lecz pod formalnym warunkiem, że ten, kto się jej powierza, godzi się jej poddać. Wówczas możliwe jest „elektronicznie" objawić, czym jest słuchanie temu, kto pragnie z tej władzy korzystać.

Widać, jaki ciężar nakłada taka „edukacja". Wielu ludzi godzi się jej poddać i z głuchych, jakimi byli, dochodzą do etapu słyszenia. Ale zablokowani przez swój rozum — który, jak wiadomo, jest pierwszą formą ich alienacji — nie idą dalej. Wspomagani swoim krytycznym intelektualizmem, nie potrafią dostrzec, co znaczy słuchać. Na szczęście innych dosłownie porywa ku słuchaniu, czują, jak dokonuje się w nich prawdziwe nawrócenie, rzeczywista metamorfoza. Wszystko dzieje się tak, jakby zachodziła zmiana polaryzacji, przemieszczenie epicentrum, które odtąd nie jest już egotyczne. Sytuuje się gdzieś indziej, oddala się coraz bardziej, by wniknąć w ów horyzont znaczący początek świata — tam, gdzie zasiada „zasada stwórcza".

Chodzi już tylko o uczestnictwo w rozkwicie świata i w jego ewolucji. Nie ma już powodu, by odczuwać jakiekolwiek przymusy — wystarczy świadomie brać udział w budowie wszechświata. Człowiek staje się tym samym uwerbalizowanym echem Słowa stwórczego. Umie wyrazić w języku ludzkim to, co kosmos śpiewa w swojej dynamicznej funkcji.

Z pewnością ciekawi nas, jak można za pomocą nowoczesnej techniki — takiej jak elektronika — poprowadzić człowieka źle słuchającego do zmiany swojego sposobu bycia. Aby nie rozbijać jedności tego wykładu, pozwolimy sobie w dalszej części rozwinąć tę pedagogię słuchania. Jest ona, naszym zdaniem, fundamentalna ze względu na swoją wagę i powinna z pewnością wpisać się w pierwszym rzędzie w procesy wychowania.


Wsłuchani w Słowo
Wykład dra Alfreda A. Tomatisa (Paryż, 1998)

Dokument oryginalnyfacsimile historycznego PDF (bezpośrednie pobranie).