Wszystko na tym świecie jest wsłuchane — z wyjątkiem człowieka. Nie jest to bynajmniej żart, lecz owoc długiej refleksji, podparty wieloletnią obserwacją w toku życia zawodowego skupionego wokół tego właśnie problemu.

Czyż nie tego właśnie naucza Księga Ksiąg już od Księgi Rodzaju? Czyż stworzenie od pierwszej chwili nie jest poświęcone posłuszeństwu, śpiewając chwałę Stwórcy? Jedynie człowiek wyróżnia się postawą negatywną wobec harmonijnego rozwoju pierwotnego impulsu.

Paradoksalnie — by odkryć drogę przyzwolenia, trzeba móc skorzystać z prawa odmowy. Owo przyzwolenie nie jest tu odwrotnością sprzeciwu, ani odrzucenie jego przeciwieństwem. Czyż odmowa nie jest w istocie rozerwaniem chwili — pęknięciem, które łamie proces przylegania zakorzeniony w najgłębszych pokładach ludzkiej natury? Z tego rozproszenia ontologiczna zgoda na przynależność do świata stopniowo tępieje w człowieku. Można by nawet pomyśleć o jej całkowitym zatarciu, gdyby od czasu do czasu błyski świadomości nie ożywiały jej obecności. Cała ludzkość wydaje się zawieszona na tych nagłych rozbłyskach.

Stworzenie nie może nie być zawieszone na prawach, które nim rządzą. Jest całością ożywioną dynamiką, która niesie je w orbitalnym tańcu, gdzie każdy zakręt ma własne centrum, samo z kolei zaangażowane na zarezerwowanej dla siebie trajektorii. To „ślepe" poddanie jest Wsłuchaniem. Słowo „ślepy", użyte tu w sposób niezwykły, ma jedynie nadać posłuszeństwu tak gęstą intensywność, by nie zostało miejsca na żadną dwuznaczność — ani na wątpliwość, ani tym bardziej na odmowę; sam rozum nie znajduje tu możliwości się wkraść. Lecz przebywanie w pełni światła, bez możliwości podejrzewania cienia ani tym bardziej ciemności, sprawia, że już nie zdaje się sprawy z zanurzenia w tej kąpieli wyśmienitej jasności. Innymi słowy: poznanie stanu zawsze jednakowego, choćby najbardziej transcendentnego, w końcu wymyka się świadomości. Stąd słuchać i być posłusznym — terminy spokrewnione przez wspomnienie semiologiczne — uzyskują wartość absolutu, wykluczając wszystko, co skutecznie nie podtrzymuje ich semantycznej rzeczywistości. Stąd iść ku temu, co się słyszy (ob-aud-ire, w skrócie być posłusznym), znaczy wstąpić bez odchyleń, bez zboczeń, bez najmniejszego poczucia przymusu, na ścieżki, które zbiegają się w stanie łaski, ujawniającym nam, że to jest jedyna droga. Wynikające z tego oddanie, które pozwala kierować się pod naporem niewysłowionej, lecz nieodpartej ufności, nie jest niczym innym niż samą wiarą.

Tak właśnie działa Stworzenie. Podczas gdy świat gwiezdny słucha — albo, jeśli kto woli, jest posłuszny — prawom prowadzącym go ku wieczności i bierze udział w kosmicznym oddechu, świat roślin budzi się i rozkwita na zew tej komunikacji w rytmie pór roku. Królestwo zwierząt zaś, osadzone na orbicie swoich instynktów, prowadzi w czasie swoje fantastyczne przemiany, by odpowiedzieć na nieustanną ewolucję uprzednio ustanowionego programu.

Nic nie jest dziełem przypadku — wszystko wynika z jednej i jedynej woli, tej samej, która dyktuje temu, kto umie nadstawić ucha, co należy uczynić w chwili nieustannie wpisującej się w proces stawania się. Stąd człowiek, popchnięty tą szczególną skłonnością, może uczestniczyć w samym akcie stwarzania.

Musi zniknąć, by zaistnieć. Musi porzucić to, co — jak mu się zdaje — sobą reprezentuje, i to, co rości sobie zdobyć. Może być jedynie prowadzony. Ale musi też dać się ogarnąć pragnieniu żeglugi na własnej orbicie. Wtedy usłyszy prawa wszechświata, które dyktują mu postępowanie. Wystarczy mu odtąd ich słuchać, by odkryć, że tą drogą dochodzi do wolności — nie ma innej wolności niż ta, którą daje oddanie. Od tej chwili wszelkie odmowy roszczące sobie umacnianie niezależności sprowadzają się do tego, czym są: zaledwie konstrukcjami z przymusów narzuconych człowiekowi, by próbował przetrwać w labiryncie egzystencji bez wyjścia. Samo Stworzenie w istocie nie rodzi żadnej zależności, jeśli tylko zanurzymy się w jego prawach z pełnym, niezachwianym przyzwoleniem — czyż nie tworzy ono jedności z prawami, które nim rządzą, czyż nie stoimy tu wobec samych danych dzisiejszej astrofizyki? Kosmos to nic innego, jak spójne zawieszenie plazmy energetycznej, w której wszystko się trzyma, wszystko ze sobą interferuje, wszystko — krótko mówiąc — wzajemnie się wsłuchuje.

Człowiek — antena świadoma

Doskonałe odbicie konstrukcji pragnionej przez Słowo, kosmos odpowiada na jego wezwanie z wiernością, której równa jest tylko harmonia, jaka go prowadzi.

A co z człowiekiem — z tym nie-wsłuchanym? Nic mniej, jak istota wikłająca się sama z sobą, podczas gdy uważa, że to ona zbudowała świat. Jego ściśle materialistyczne spojrzenie prowadzi go nieodwołalnie ku zatraceniu — w świecie, który jak mu się zdaje zna, a nawet rozumie, i który — przez tę samą aberrację — rości sobie prowadzić.

Drobne ziarno na cienkiej powłoce ziemskiego globu, człowiek stroi się we własną inteligencję, umacnia się za naukowym podejściem do świata, do istnienia, do życia, ba — nawet do duszy… Wiadomo, w jaki ślepy zaułek wpędza go ten zażarty intelektualizm.

Idei nie ma żadnych — ani genialnych iskier; wszystko jest mu dane. Ale jego wsłuchanie zakłóca własna pretensja do bycia. Choć niekiedy odczuwa swoją słabość, gdy zaś przypuszcza, że jest niczym, natychmiast się prostuje, chcąc i mniemając, że to on jest jednostką działającą.

Zapomniał zapewne, dlaczego dane mu było wyjść z mułu:

By być wsłuchaną anteną — bo skoro tylko pamięta o swoim wyjściu z humusu, w pokorze staje się uchem podłączonym całkowicie, wraz z całym stworzeniem, do słów Stwórcy.

Właśnie po to, by być tą świadomą anteną, zostało mu przyznane wsłuchanie. Bo dzięki niemu otrzymał jedyny w swoim rodzaju przywilej formułowania chwały Stwórcy w modulowanej werbalizacji, w którą jako jedyny został wyposażony.

Powołany na obraz boski — czyż nie jest przeznaczony do udziału w fantastycznym, majestatycznym widowisku, jakim jest stworzenie, które w przestrzeni równie rozległej co wieczność nieustannie odnawia, bez zastrzeżeń, swoją radość z bycia powołanym do istnienia?

Inteligencja i „głuchota" na wymiar boski

Dzięki własnej strukturze człowiek zdolny jest odebrać to, co przekazuje mu kosmos, w który jest włączony. Nie tylko umie śpiewać uwielbienie, ale może też świadomie sformułować swoje całkowite uczestnictwo. Tak więc może w sposób przemyślany wejść do kosmicznej symfonii i dostroić się do rytmów modulujących sekwencje czasu w bezkresie gwiezdnym.

I tak wsłuchanie nabiera sensu. Jest ono z pewnością możliwe tylko dlatego, że sam Stwórca wsłuchuje się w swoje stworzenie. W istocie tylko On uprawniony jest, by w pełni cieszyć się tą zdolnością. A dzięki Jego niezmierzonej hojności rodzi się sieć oddziaływań, wzajemnych dialogów, krótko mówiąc — wzajemnych połączeń, działająca bez przymusu, jakby sama z siebie. Stąd przejawia się i panuje w tym wszechświecie, który stwarza się bez końca, doskonała harmonia.

Każda przeszkoda w tym współbrzmieniu, w tej sympatii, jest źródłem cierpienia, zerwania, niewspólnoty. Jedynie człowiek jest pogrążony w cierpieniu i błądzi w nim — sprowadzony na manowce siłą własnego pragnienia, by skorzystać z mocy sprzeciwu. Z jego powodu gdzieś we wszechświecie krwawi rana. Jego cierpienie, niedole, bóle i smutki świadczą o całokształcie jego osobliwych zachowań, wykraczających poza normy obyczajowe niezbędne dla doskonałej równowagi stworzenia. Nie są to normy narzucone, lecz pożyteczne, a nawet niezbędne.

Prawdą jest, że człowiek otrzymał od Boga dar zupełnie szczególny: inteligencję, dzięki której mógł zrozumieć siebie jako stworzenie w pełni przydzielonych mu możliwości. Ten inter-logos miał mu pozwolić zwracać się do swego Pana i Władcy w pełnej wolności — to znaczy w pełnej miłości.

Wiadomo, jakie ziarno pychy uczyni go „Głuchym" na ten wymiar. Odtąd zawłaszczy sobie dary, których Bóg mu nie szczędził, i — w obłąkańczym majaczeniu — wyobrazi sobie, że wszystko zrodził jego własny mózg.

Czym jest mózg?

Ale czym właściwie jest mózg? Wszystkim i niczym.

WSZYSTKIM jest dla naukowca, który temu wyjątkowemu organowi o szczególnej złożoności przypisuje zdolność wytwarzania „myśli", „idei" — a nawet więcej: zdolność wprowadzania innowacji, wynajdywania, krótko mówiąc — odkrywania…

Całość ludzkich zachowań tłumaczy się — wedle tej samej koncepcji — z łatwością, nie tylko neuronalnym wymiarem człowieka, ale i subtelną grą endokrynnej równowagi. W miarę bowiem badań prowadzonych w ciągu ostatnich dwóch dekad nauka oscyluje: z jednej strony pragnie nadmiernie przypisywać wszystkie czynności człowieka układowi nerwowemu, którego wyjątkowo wyrafinowane struktury teraz dobrze poznano; z drugiej — kusi się, by układowi endokrynnemu nadać rolę pierwszorzędną, co bywa wyolbrzymione.

Mądrzejsze wydaje się przyjęcie połączenia obu tych potencjałów, o których wiemy, że wzajemnie się oddziałują. Trzeba jednak przyznać: gdy chce się zbudować świat, rozkładając człowieka na strzępy, sekcjując go aż po ostatnie wymiary molekularne, popada się w zdumienie — ale i w zakłopotanie wobec przekroczenia, które się narzuca. Sprowadzanie wszystkiego do „redukcjonizmu" może wydać się nie do zniesienia.

Człowiek pozostanie dla człowieka pytaniem tak długo, jak długo ten drugi będzie sobie rościł odkryć go o własnych siłach i wyjaśniać wszystko za pomocą własnych mechanizmów umysłowych.

NICZYM jest dla tego, kto ma świadomość, że człowiek to „kompleks" organiczny złożony w 80 % z wody i w 20 % z soli mineralnych, ale którego całościowy układ odpowiada zaprogramowanej strukturze architektonicznej — w wszechświecie, który sam podlega imperatywom dokonującej się ewolucji.

Tak jak mgławica skupia się i kurczy, wchodząc w grę sił domagających się jej kształtu i ruchu, tak materia jest posłuszna sekwencjom, jakie dostarcza jej program z góry dla niej ustalony.

Człowiek ma szczęście móc czerpać radość ze śledzenia rozwijania się tego programu. To właśnie odróżnia go od królestw mineralnego, roślinnego i zwierzęcego. Człowiek może uczestniczyć w tej kosmicznej dynamice, w którą jest włączony jako strona biorąca udział — i to dzięki zrozumieniu rzeczy, jakie zostało mu dane. W takich warunkach wie, że jest owym wsłuchanym niczym, które w jakimś zakątku wszechświata widzi rozwijający się przed sobą bajeczny spektakl żywego kosmosu, rzuconego w niekończący się taniec, wspartego akcentami symfonii, której harmoniczne struktury bez wytchnienia śpiewają chwałę swego Stwórcy.

Słyszeć — to nie znaczy słuchać

Istnieją jednak fałszywe nuty, które uderzają w tę harmonię i posuwają się aż do zaciemniania tego, co powinniśmy odbierać z całą wyrazistością. Skąd zatem to rozczarowanie? Bez wątpienia z uporczywości tych, którzy — choć obdarzeni dobrymi uszami — wciąż pozostają nie-wsłuchanymi.

Słyszenie nie zawiera w sobie słuchania. Słyszeć — to biernie być zalewanym komunikatem, w najlepszym razie dać się nim zaimponować po to, by go przeanalizować, skrytykować i ocenić jego wartość według kryteriów, które same są fundamentem arbitralnej decyzji uchodzącej za rozeznanie. A potem — robić, co się komu żywnie podoba.

Słuchanie sytuuje się na zupełnie innym planie, a towarzyszące mu rozeznanie służy odróżnieniu tego, za czym warto pójść, od tego, czego należy unikać. Z chwilą jednak, gdy potrafimy żonglować obiema funkcjami, jesteśmy w stanie usłyszeć to, czego nie należy w całości brać pod uwagę — a jednocześnie być całym słuchem wobec tego, co odpowiada głębokiej rzeczywistości, krótko mówiąc — prawdzie.

Rzecz jasna, postawa rysująca się wówczas jest zupełnie inna niż ta, którą człowiek pojmuje na co dzień. Tym bardziej że jego wychowanie i kultura warunkują go, by przeszedł zawiłości swego egzystencjalnego labiryntu. Stąd w toku swojej mniej lub bardziej burzliwej, mniej lub bardziej dramatycznej, mniej lub bardziej tragicznej historii ludzkiej będzie obwiniał los, że nakazuje mu kroczyć ścieżką pełną zmartwień i zasadzek. Nie istnieje inny los niż ten, który sam sobie wytwarza.

I tak ludzkość snuje się jakoś naprzód, prowadzona przez pasterzy samych pozbawionych słuchu i skupionych jedynie na tym, co chcą usłyszeć: na własnym ideale politycznym, w który wkradają się ich osobiste interesy.

W którąkolwiek stronę się obrócimy, ludzkie rozwiązania niewiele ważą, póki nie ustanowi się słuchania Tego, co Jest. To, co Jest — to wszechświat, który nam to ogłasza i który na swój sposób tłumaczy nam, co Stwórca mu oznajmia.

To, co jest: człowiek wsłuchany w Słowo

To, co jest — to człowiek świadomy, cały otwarty na słuchanie, by uchwycić to, co Bóg mu obwieszcza.

To, co jest — to nieskazitelny dyskurs płynący od Pana.

To, co jest — to nieustanne słuchanie dyskursu, który nabiera waloru dialogu, gdy człowiek zobowiązuje się pozwolić, by spłynęło z niego słowo jemu ofiarowane.

Wówczas to Bóg mówi przez człowieka. Ale to także Pan słucha, gdy jesteśmy jedynie Jego narzędziem.

Ciało ludzkie i jego układ nerwowy są zaledwie czynnym narzędziem Boga, który chce uczynić z człowieka zarządcę powierzonej mu ziemi. A zarządca to ten, kto pomnaża owoce dla swego pana z tego, co zostało mu powierzone.

Słuchać — znaczy iść dalej niż samo pojmowanie, znaczy wykonywać zgodnie z planem odpowiadającym pragnieniu Pana.

Lecz jakaż radość i jakaż wolność płynie z takiej postawy! Wiedzieć, że tak jest się prowadzonym przez czas — ten czas, jaki potrzebny jest do nauki spraw Bożych — być przeznaczonym, by iść ku najdoskonalszemu spełnieniu, by zadowolić Pana o każdej godzinie i w każdym miejscu — czyż to nie wstąpienie na płaszczyznę błogosławieństw?

Ideał mędrca: ucho wsłuchane

Cel: umieć słuchać

Jeśli istnieje jakiś ostateczny cel, jest nim właśnie umieć słuchać — to znaczy, by człowiek w pełni zaangażował się w rolę, jaką mu wyznaczono. A cel ten polega w istocie na ustanowieniu tego, co być powinno. Tak więc zamiast szukać komunikacji poziomej, lepiej, by człowiek dostąpił płaszczyzny odpowiadającej prawdziwej pionowości — pionowości Ducha.

Na tym poziomie, z dala od miazmatów, z dala od zgubnych wpływów, które w każdym człowieku gaszą pragnienie życia — albo, co na jedno wychodzi, pragnienie słuchania — wszystko jest tylko komunią.

Duch to to, co mówi do człowieka, który słucha — a ten, kto słucha, nie potrafi odpowiedzieć inaczej niż przez „Fiat".

Prawdą jest, że nie wszystko bywa tak łatwe, jak głoszą. Jak to wielokrotnie zaznaczaliśmy, od samego początku „głuche" zwierzę — w tym przypadku wąż — nauczyło człowieka, by nie słuchał, czyli był nieposłuszny. Domyślono się tego z pewnością.

Więc co czynić? Wobec sytuacji nasiąkniętej tak głębokimi i tak odległymi przyzwyczajeniami — czy mamy złożyć broń? W żadnym wypadku. Jeśli instytucja ludzka zbudowana jest na fałszywym języku, brzmiącym w każdym jednostkowym człowieku, w każdej grupie etnicznej, w każdym języku — to w istocie nic nie jest fundamentalnie i z gruntu nieodwracalne. Słuchanie jawi się bowiem na pierwszy rzut oka jako ontologiczne, tak głęboko jest zakorzenione w trzewiach życiowego jądra, tak jest odpowiedzią — albo, lepiej powiedzieć — najsubtelniejszym przejawem rezonansu istnienia. Jest następstwem samego życia, które uchwycić można tylko przez stałą, subtelną uwagę. Jest wyrazem podtrzymywanym przez świadomość. Jest niezbędnym ogniwem, dzięki któremu ciało zaczyna współbrzmieć ze stworzeniem, ponieważ rządzą nim — tak jak stworzeniem — te same prawa, którym nic nie umyka.

Prawdą jest, że takie stanowisko szybko wymyka się wszelkim racjonalistycznym, pozytywistycznym czy materialistycznym konstrukcjom teoretycznym — bo, prawdę powiedziawszy, prowadzi ono do oczywistości. Wystarczy bowiem ogarnąć wzrokiem te fluktuacje ludzkiego ducha, by szybko stwierdzić, że są one zaledwie niedostępnymi utopiami — tym bardziej że pilotują je ludzie, których ideologiczne, a często osobiste interesy w grę wchodzą i tym samym niweczą proponowane rusztowanie teoretyczne.

To znaczy, że duch ludzki nie jest Duchem Bożym — i jeśli ten drugi przechodzi przez człowieka, pozostaje w nim tylko wtedy, gdy ten zaciera siebie jako postać, by być już tylko jednostką zanurzoną w wielkiej całości.

To, co stwierdza się w dynamice socjologicznej narodów, ciągniętych w różne strony, niewątpliwie znajduje się również w naukach humanistycznych, wywiedzionych z filozofii. Co więcej, to samo zjawisko spotyka się w naukach ścisłych. Obiektywizacja obserwatora bardzo szybko bywa równoważona jego pragnieniem utożsamienia się z obserwatorem. Trzeba znów przypomnieć: niektórym istotom dana jest zdolność ujawniania faktów. Ale czyż nie zapominają oni, że zjawiska te istnieją od wieczności, a im jedynie ofiarowano szansę uwydatnienia ich oczywistości? Co więcej — dla pożytku innych.

Nieszczęście tego, komu dar ten powierzono, polega na tym, że najczęściej zaczyna sobie wyobrażać, jakoby jego osobowość wykraczała poza zwykły porządek. Zaszczyty, jakie go spotykają, utwierdzają go w tym mniemaniu. To jego zguba. W ciągu czasu — od początku początku, w określonych chwilach — sprawy się dokonują, ujawniają, odkrywają. Aby uczynić je dostrzegalnymi dla ludzi, posługują się głowami przeznaczonymi do bycia głowami poszukującymi. Nie ma w tym żadnej zasługi. Być badaczem to odpowiedzieć na powołanie, na wewnętrzny głos, który mówi, naprowadza i odtąd prowadzi wybrańca w ten lub inny kierunek. Ale jest to również następstwo szczególnie wyostrzonego słuchania. Spotkać je można tylko wtedy, gdy podmiot dochodzi do najbardziej obnażonego poziomu pokory. Być człowiekiem — to być z humusu, wsłuchanym w Życie. Wiadomo, czym jest Życie.

Jak rozbudzić to słuchanie

Jak łatwo się domyślić po zapoznaniu się z tymi różnymi rozważaniami, mamy prawo zapytać: czy istnieje wyjście, jakaś droga, która mogłaby człowieka — poza zdolnością słyszenia — zaprowadzić ku zdolności słuchania? Z pewnością tak. Lecz jakże długą drogą i jakże głęboką decyzją trzeba pójść, by zobaczyć narodziny głębokich przemian w grze wewnętrznej dynamiki, od tak dawna zaburzonej?

Wszystko jest jednak możliwe. Iluż to ludzi od zarania dziejów odbyło tę wędrówkę? Dziś, gdy tylko zainteresujemy się tym, co dzisiejsza technologia jest w stanie zaoferować, droga ta może okazać się łatwiejsza. Czy nie zuchwałością byłoby zestawiać myśl, jaką tu rozwinęliśmy, z jakąkolwiek nowością zrodzoną z człowieka? Czyż nie byłoby to zaprzeczeniem właśnie tego, cośmy w poprzednich linijkach wywiedli? Wiadomo już, jakie jest nasze zdanie o odkryciach wyrosłych z geniuszu człowieka. Wyjaśniliśmy się w tej sprawie. Nie ma ani geniuszu, ani odkryć. Jest tylko dane niektórym dobrze ułożonym mózgom — nieprzeciętnym co do swoich zatroskań — być podłączonymi do „rzeczy", które same się odkrywają.

Można więc — przynajmniej w pewnej części — wiedzieć, czym jest słuchanie. Wiedząc to, można je wzbudzać i przebudzać do pełni. Słuchający podmiot wchodzi odtąd w posiadanie środków właściwych jego ludzkiej kondycji, których wcześniej nie znał. Często zostaje skierowany na drogę swojej prawdziwej misji w tym świecie. Następuje nagle uruchomienie poetyki, kreatywności — odważymy się powiedzieć: kreatywności „oczyszczonej". Bo rzeczywiste słuchanie, kiedy zwraca się do ciała, czyni to wyłącznie po to, by je poznać i kontrolować jako antenę wsłuchaną we wszystko, co składa się na otoczenie — rodzinne, szkolne, społeczne — i wyraża się w czynie, niekoniecznie przechodząc przez doznanie słuchowe. Wydaje się, że poza pasmem słuchowym istnieją obszary, w których nasza percepcja działa na innych długościach fal — na przykład intuicja, zjawiska parapsychiczne, telepatyczne, prorocze.

Lecz raz jeszcze — taka dyspozycja wymaga zrzeczenia się jakiejkolwiek władzy, porzucenia wszelkiej pretensji w działaniu osobistym.

Niech się dobrze zrozumieją: nie znaczy to wcale, że radykalnie usuwa się wszystko, co składa się na radości codzienności. Zmienia się jedynie — i to całkowicie — postawa wobec tej codzienności. Zapomina się, że istnieje się jako jednostkowość, i nabiera się świadomości przynależności do całości — tej całości, która nas otacza, a która stanowi cząstkę większej całości, mogącej być państwem, a to z kolei wpisuje się w ludzkość ogarniającą zarazem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Tym samym każdy człowiek jest „komórką", która była, jest i będzie na planecie — i która tym samym może rościć sobie być, w swojej skali, jednym z ogniw tej ewolucyjnej ciągłości świata?

Rzecz jasna, zaprosić człowieka do przejścia od słyszenia do słuchania to zaprosić do prawdziwego nawrócenia. A droga ta — jeśli w ogóle możliwa — bywa długa, podziemna, a nawet bolesna. Mimo to dzisiaj łatwo przyspieszyć ten proces dzięki technologii. Wiadomo, że dobrze poprowadzona technologia może służyć człowiekowi. Może mu służyć — pod jednym warunkiem: ten, kto się jej powierza, godzi się jej podporządkować. Wówczas można „elektronicznie" objawić, czym jest słuchanie, temu, kto pragnie z tej zdolności skorzystać.

Widać, czego wymaga takie „wychowanie". Wielu się na nie zgadza i z głuchych, którymi byli, dochodzi do etapu słyszenia. Ale zablokowani przez swój rozum — który, jak wiemy, jest pierwotną formą ich alienacji — dalej nie pójdą. Krytyczny intelektualizm utwierdza ich w tym; nie potrafią dostrzec, co znaczy słuchać. Inni — na szczęście — zostają dosłownie porwani ku słuchaniu i czują, jak dokonuje się w nich prawdziwe nawrócenie, prawdziwa metamorfoza. Wszystko dzieje się tak, jakby zaszła zmiana polaryzacji, przesunięcie epicentrum, które odtąd nie jest już egotyczne. Sytuuje się gdzieś indziej — coraz dalej, by wpisać się w ten horyzont znamionujący początek świata, tam gdzie zasiada „zasada stwórcza".

Pozostaje wówczas już tylko uczestnictwo w rozkwicie świata i w jego ewolucji. Nie ma już racji odczuwać jakichkolwiek przymusów — jest tylko świadomy udział w budowaniu wszechświata. Tak człowiek staje się zwerbalizowanym echem rodzicielskiego Słowa. Umie wyrazić w ludzkim języku to, co kosmos śpiewa w swej dynamicznej funkcji.

Z pewnością rodzi się ciekawość: jak nowoczesna technika, taka jak elektronika, może doprowadzić źle słuchającego człowieka do zmiany sposobu bycia? Aby nie naruszać jedności tego wywodu, pozwolimy sobie w drugiej kolejności rozwinąć tę pedagogikę słuchania. Naszym zdaniem jest ona pierwszorzędna co do swojej wagi — i niewątpliwie powinna wpisywać się w pierwszej kolejności w procesy edukacyjne.

Wsłuchani w Słowo

Konferencja Dra Alfreda A. Tomatisa (Paryż 1998).

Dokument oryginalnyfacsimile historycznego PDF (pobieranie bezpośrednie).